Wyjeżdżają "za chlebem", starając się znaleźć swoje miejsce na świecie, po lepszą przyszłość dla siebie, dzieci, całej rodziny. Decyzja o wyjeździe nigdy nie jest łatwa. Zdarza się, że nie ma innego wyjścia. Polki, które decydują się wyjechać za granicę bez dzieci, przyznają jedno: tęsknota jest niezwykle silna.
Wyjechała za granicę bez córki. Mówi, czego żałuje najbardziej
– Myślę, że ma żal do mnie, że nie walczyłam od początku tak samo mocno, aby ona do mnie tu przyjechała. Choć nigdy mi tego nie powiedziała, tak to odczuwam – mówi Alicja, która wyleciała do Anglii, kiedy jej córka miała niecałe dwa lata.
Życie pisze różne scenariusze. Niektóre kobiety decydują się na powrót do Polski, inne - ostatecznie ściągają dzieci do kraju, gdzie zaczęły budować życie na nowo.
"Halo Polacy". Nigdy nie czuła się Polką. "Nie chcę być z tym krajem kojarzona"
"Nie chciałam lecieć. Płakałam"
Wyjazd do pracy za granicę nie był pomysłem Alicji. O tym kroku zadecydowali jej rodzice. Znalazła się niestety w wyjątkowo trudnej sytuacji. Kiedy miała 18 lat, urodziła córeczkę. Z ojcem dziecka łączyła ją wyjątkowo toksyczna relacja. – Kiedy urodziłam, zostawiłam partnera. Jeszcze się wtedy uczyłam w technikum. Pomagali mi rodzice. Kiedy córka miała 3-4 miesiące, zeszliśmy się. Zamieszkaliśmy razem. Byłam głupia, młoda, zakochana.
Mężczyzna miał problemy z alkoholem i narkotykami. Alicja wiele razy zrywała i wracała do partnera. Aż w końcu stało się coś, co przelało czarę goryczy. – Wracałam z pracy. Miałam nockę. Odbierał mnie z przystanku. Był pijany. Uderzył mnie i złamał nos. Dla moich rodziców to było za dużo. Powiedzieli: dość. Zostawiłam go wtedy ostatecznie.
Bliscy Alicji postanowili zrobić wszystko, aby nie zeszła się ponownie z przemocowym partnerem. Nawiązali kontakt z rodziną mieszkającą w Anglii i kupili córce bilet w jedną stronę. Ala dowiedziała się o wszystkim na tydzień przed wylotem.
– Nie chciałam lecieć. Płakałam. Mama naciskała na mnie. Mówiła, że zajmą się moją córką. Wcześniej już poprosili, abyśmy załatwili odpowiednie dokumenty, aby byli jej rodzicami zastępczymi. Wtedy zrozumiałam, dlaczego. Już wówczas planowali mnie wysłać do Anglii. To było bardzo ciężkie, córka miała niecałe dwa lata.
Alicja wspomina, że najtrudniejsze momenty rozłąki to te, kiedy jest się samemu w domu. - Kiedy idzie się do pracy, na zakupy, spotyka ze znajomymi, ma się zajętą głowę. Ale kiedy zostaje się samemu, to ta samotność się pojawia. Tęskni się też wtedy, kiedy w pracy ktoś opowiada o swoich dzieciach. Bardzo to było dla mnie przykre słuchać: "moje dziecko zrobiło to i to". Bolało mnie to, że nie widzę, jak córka rośnie, jak idzie do szkoły.
Na samym początku emigracji Alicja często wracała do Polski. Choć na weekend, aby zobaczyć się z dzieckiem. – Kończyłam w piątek pracę i wsiadałam w samolot. Wtedy loty były naprawdę tanie. W niedzielę wieczorem wracałam i w poniedziałek normalnie szłam do pracy.
"Nigdy mi tego nie powiedziała, ale tak to odczuwam"
Alicja mówi, że z perspektywy czasu zgodziłaby się podjąć taką samą decyzję. - Jedyne, co bym zmieniła, to wzięłabym do siebie córkę wcześniej – kwituje. Kiedy wyjeżdżała, córka nie miała skończonych dwóch lat.
- Nie rozumiała, co się dzieje. Na pewno tęskniła. Z biegiem czasu wiem, że tęskniła mocniej. Kiedy miała pięć lat, bardzo chciała do mnie dołączyć. Potem, kiedy miała z siedem, osiem, nagle wolała być w Polsce. Zaczęła chodzić do szkoły, zawierać przyjaźnie – opowiada Ala.
Mojej rozmówczyni udało się stworzyć w Anglii stabilne życie: znalazła satysfakcjonującą pracę. Poznała obecnego partnera, z którym również doczekała się dziecka. Najstarsza córka Alicji w końcu mocno zatęskniła za mamą, "pełnym" domem. Kiedy miała 11 lat, dołączyła do mamy. Początki życia w Anglii jednak były bardzo trudne.
– Pamiętam, jak wróciła pierwszego dnia ze szkoły. Zaczęła płakać, że nie zna angielskiego, że jej nie rozumieją, że chce do Polski. Jednak dziś cieszy się, że ją przekonaliśmy. Teraz ma już 20 lat. Studiuje psychologię – mówi dumna mama.
Dodaje, że przez to, jak się ułożyły jej losy, nie ma z najstarszą córką tak bliskiej relacji, jak z młodszą. – Przez dziewięć lat była jednak wychowywana przez dziadków. Mamy więź, ale nie tak mocną, jakbym chciała.
– Myślę, choć ona nigdy mi tego nie powiedziała, ale ja tak to odczuwam, że ona ma żal do mnie, że nie walczyłam od początku tak samo mocno, aby ona do mnie tu przyjechała. Że nie miała taty, nie miała matki i ma mi to za złe. Myślę też, że dla każdego rodzica, czy mamy, czy taty, taka rozłąka jest bardzo ciężkim doświadczeniem – podkreśla.
Poleciała do USA. Mąż z dziećmi miał dołączyć po kilku miesiącach
Elżbieta wyjechała do Stanów Zjednoczonych, kiedy jej córki miały kolejno 6 i 8 lat. – To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu – przyznaje. Plan był jednak taki, że po kilku miesiącach mąż z dziewczynkami miał do niej dołączyć. Tak się jednak nie stało. – Mąż miał wtedy własną firmę, zaczęły się kłopoty, nie mógł porzucić pracowników i przylecieć. Poza tym zachorowała jego mama.
Kobieta wyjechała na Florydę, pracowała w hotelarstwie. Nie ukrywa, że decyzja o wyjeździe była podszyta strachem, ale też ogromną nadzieją. – W tamtym czasie w Polsce żyło nam się coraz trudniej. Człowiek pracował od rana do wieczora i ciągle miał poczucie, że stoi w miejscu. Znajoma opowiadała mi o pracy na Florydzie, mówiła, że jeśli ktoś jest pracowity, może sobie poradzić. Pomyślałam wtedy, że robię to dla dzieci. Chciałam, żeby miały lepszy start niż my – wspomina.
Choć plan zakładał jedynie kilkumiesięczną rozłąkę, rzeczywistość szybko zweryfikowała te założenia. Elżbieta pracowała w hotelarstwie, często po kilkanaście godzin dziennie.
– Człowiek był fizycznie wykończony, ale najgorsze przychodziło wieczorem. Wracałam do wynajmowanego pokoju i wtedy dopadała mnie tęsknota. Cisza była najtrudniejsza – mówi.
Najbardziej bolała ją rozłąka z córkami. Dziewczynki były jeszcze małe i nie do końca rozumiały, dlaczego mama nagle zniknęła z codziennego życia. – Starsza córka próbowała być dzielna, ale młodsza długo płakała przez telefon. Pytała, kiedy wrócę, czy ją jeszcze kocham. To łamało serce – przyznaje 65-latka.
Początki kontaktu na odległość były trudne. – Dziś dzieci mogą zadzwonić przez kamerę w sekundę, wtedy to wyglądało zupełnie inaczej. Liczyło się minuty rozmów telefonicznych, pisało listy, wysyłało zdjęcia. Czasem czekałam cały tydzień na jeden telefon od domu – opowiada. Mimo odległości starała się być obecna w życiu córek. Dzwoniła regularnie, pytała o szkołę, koleżanki, pierwsze problemy. – Ważne było, żeby dzieci czuły, że nadal jestem mamą, nawet jeśli fizycznie mnie nie ma. Nie można znikać emocjonalnie, bo wtedy dziecko czuje się porzucone – podkreśla.
"Każdy cierpiał po swojemu"
Dziewczynki przeżywały wyjazd bardzo mocno. – Był bunt, szczególnie po kilku miesiącach, kiedy okazało się, że tata z nimi jednak nie przyleci. Miały pretensje, że wybrałam Amerykę zamiast rodziny. I ja je rozumiałam. Dziecko nie patrzy na rachunki czy problemy dorosłych, tylko na to, że mamy nie ma przy nim – mówi Elżbieta. Jej mąż również źle znosił rozłąkę. Z jednej strony próbował ratować firmę i opiekować się chorą matką, z drugiej sam tęsknił za żoną. – Każdy cierpiał po swojemu. Myślę, że wtedy wszyscy byliśmy samotni – dodaje.
Po latach Elżbieta uważa, że emigracja wiele ją kosztowała emocjonalnie. – Człowiekowi wydaje się, że jedzie tylko zarobić pieniądze, ale płaci za to czymś dużo ważniejszym – czasem z rodziną. Nie odzyska się pierwszego występu w szkole, urodzin czy zwykłych wieczorów razem – mówi ze wzruszeniem.
Zapytana, czy dziś podjęłaby taką samą decyzję, długo milczy. – Gdybym miała dzisiejszą wiedzę i doświadczenie, chyba nie. Na pewno nie wyjechałabym sama. Wtedy człowiek był przekonany, że robi najlepiej, jak potrafi. I może rzeczywiście dawałam rodzinie szansę na lepsze życie, ale emocjonalnie wszyscy bardzo to przeżyliśmy – przyznaje.
Mimo trudnych doświadczeń podkreśla jednak, że rodzina przetrwała ten czas dzięki szczerości i ciągłemu kontaktowi. – Dzieci muszą wiedzieć, że mają prawo tęsknić, złościć się i płakać. Nie można im mówić: "nie przesadzaj". Trzeba rozmawiać, nawet jeśli to boli. Bo rozłąka boli zawsze, niezależnie od wieku – podsumowuje.
Zuzanna Sierzputowska, dziennikarka Wirtualnej Polski