fot. Materiały prasowe
Podziel się:
Skopiuj link:

Urbex History: Czasami serce podchodzi ci do gardła

Las Samobójców, nawiedzony dwór, opuszczony szpital psychiatryczny – tych miejsc nie znajdziecie w żadnym przewodniku turystycznym. Jednak cieszą się coraz większym zainteresowaniem, a wszystko przez gości takich jak oni – "Trzech Muszkieterów" z Urbex History.

Bojówki, bluza z kapturem, czapka z daszkiem. W kolorach dominuje czerń, szarość i żołnierska zieleń. Ich totalnie zwyczajne stylówki w niczym nie przypominają kostiumów z filmu "Ghostbusters", a przecież podobnie jak oni rozprawiają się z duchami, upiorami, złą energią, włażąc do miejsc zakazanych. Ich eksploracje na YT oglądają miliony ludzi. Część z nich już poszła w ich ślady.

Aleksandra Nagel: Czujecie się sławni?

Jakub Stankowski: Fejm urbex?

AN: Dokładnie. Oglądają was miliony, na spotkania przychodzą tłumy. Teraz wydaliście swoją książkę. Jesteście gwiazdami!

Łukasz Dąbrowski: My po prostu robimy to, co lubimy.

AN: Łazicie po różnych dziwnych, czasami niebezpiecznych, miejscach. Czy nie zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak wasza zabawa w odkrywanie tajemnic może wpłynąć na innych? Czy czujecie się odpowiedzialni za te wszystkie kolejne – często nielegalne - eksploracje?

JS: Urbex History powstała dlatego, że nie chcieliśmy siedzieć na "czterech literach" przy komputerze, jedząc chipsy. To jest moim zdaniem o wiele gorsze. Ostatecznie niech ludzie robią, co chcą. Mogą się nami inspirować, ale my powtarzamy niemal w każdym odcinku, że takie łażenie musi być bezpieczne.

ŁD: Nikogo do niczego nie nakłaniamy, a jeśli już ktoś chciałby z nas wziąć przykład, to zalecamy eksplorowanie z głową.

Konrad Niedziułka: Dobrze gadasz i z głową (śmiech). Nie odpowiadamy za życie innych, tylko za siebie. My wiemy, co robimy i zdajemy sobie też sprawę z konsekwencji.

ŁD: Dlatego też zwiedzamy w trzech.

AN: Ogląda was mnóstwo dzieciaków, dla których YT to nowy rodzaj telewizji. Co mówicie takiemu młodemu człowiekowi, który oszalał na waszym punkcie i chce pójść w wasze ślady?

KN: Mówimy mu, żeby najpierw porozmawiał z rodzicami.

JS: Powiedz mamie, tacie, co chcesz robić, a najlepiej namów ich na wspólną wyprawę. Uważaj na siebie, weź zapasowe latarki, baterie itd. Nie jesteśmy od wychowywania, ale możemy dać kilka cennych rad. Nie możemy takiemu nastolatkowi zabronić.

ŁD: Ten zakazany owoc smakuje najbardziej. Im mocniej będziemy mu zakazywać, tym bardziej on będzie chciał pójść.

JS: Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze słowo czasami szybciej zapamięta niż to, co mówią do niego starzy. Dlatego jeszcze raz powtarzam: chcecie łazić, to łaźcie, ale z głową.
KN: I zabierzcie latarki!

AN: Pierwsza wielka eksploracja – również ze świadomością wszelkich konsekwencji – to Czarnobyl?

ŁD: Większość z nas chodziła po opuszczonych miejscach już w dzieciństwie. Piwnice, zakamarki, ruiny - to zawsze najbardziej przyciągało. Tam był początek.

JS: Ja chodziłem do piwnicy po słoiki lub po ziemniaki (śmiech).

KN: Pamiętam, że miałem na podwórku taką budę. Mieszkali tam robotnicy, którzy stawiali blok obok naszego. Wszyscy rodzice mówili dzieciakom, by tam nie chodziły. I co?

AN: Wszyscy tam chodzili…

KN: Dokładnie tak to działa i tak też działa Urbex History.

JS: Natomiast taki pierwszy strzał to faktycznie był Czarnobyl. Pojechaliśmy tam 6 lat temu. Dzisiaj wyprawy do Czarnobyla wyglądają zupełnie inaczej. Płaci się 2 tysiące i jedzie prawie jak na wycieczkę all inclusive. My natomiast pojechaliśmy tam w ramach wyprawy naukowej. Oczywiście była to jedna wielka ściema, bo wszystkim zależało tylko na tym, by dostać przepustki.

ŁD: Wyprawa naukowa to zawsze dobra wymówka (śmiech).

KN: "Gdzie jedziesz? Na wyprawę naukową!" (śmiech)

AN: Wyprawy naukowe się skończyły, a wy dalej łazicie na "nielegalu". Po co? Co was w tym najbardziej kręci?

JS: To tak, jakbyś zapytała żołnierza, co go kręci w wojnie, a kobietę, dlaczego wciąż chodzi na te zakupy. Też nie wiemy, o co jej chodzi (śmiech).

ŁD: Jest nas trzech. Każdy jest w Urbexie trochę z innego powodu. Mnie najbardziej interesują ślady przeszłości – dokumenty, przedmioty, znaki.

AN: Skrawki wcześniejszych żyć…

ŁD: Dokładnie.

KN: Mnie najbardziej kręci historia, dlatego mamy historię w tytule. Poza tym każdy z nas ma pracę i to jest sposób na odreagowanie.

AN: Pomysł na "relaksujący weekend" (śmiech).

JS: Mnie nie interesują wycieczki do Egiptu i leżenie plackiem na plaży. Wolę pojechać do Japonii, do Fukushimy czy Czarnobyla. Tam odpoczywam. Może to wydawać się dziwne, ale te straszne miejsca dają mnie i myślę, że całej naszej trójce spokój.

AN: Jak to spokój?

JS: Wyobraź sobie, że jesteś w Japonii, w całkowicie opuszczonym mieście. Nie ma kompletnie nikogo.

Wszyscy: Siedzisz.

JS: Siedzisz i widzisz zupełnie inny świat.

ŁD: W naszej książce "Wchodzimy tam, gdzie nie wolno" jest opisana taka scena, gdy siedzimy na dachu 14-piętrowca Fukushimy i każdy z nas, każdy po swojemu, przeżywa swoiste katharsis. Siedzieliśmy tam chyba godzinę w milczeniu. Wszystko z ciebie schodzi – stres, zmartwienia, niedomknięte sprawy.

AN: Co robicie na co dzień?

JS: Pracujemy.

AN: Brzmi tajemniczo…

KN: Branża lotnicza.

ŁD: Więcej z nas nie wyciągniesz.

AN: Przyjmuję do wiadomości, a tak z innej beczki, wierzycie w moce nadprzyrodzone?

KN: Najbardziej sceptycznie podchodzi do tego Łukasz. Ja najmniej…

ŁD: Staramy się opowiadać historię danego miejsca, niezależnie od tego, czy jest nawiedzone, czy nie. Opowiadamy wszystko, co ludzie o tym miejscu przekazują sobie z pokolenia na pokolenie. Ja w duchy nie wierzę. Wierzę za to w dobre historie.

KN: Jednak, gdy już jesteśmy w potencjalnie nawiedzonym miejscu, serce samo zaczyna bić szybciej. Chodzi raczej o strach przed nieznanym.

JS: Głowa pracuje. Podam prosty przykład: pójdziesz do opuszczonego zamku w nocy. No i spoko, jest opuszczony zamek. Ale jak ktoś ci powie: "Słuchaj, tam jest opuszczony zamek, w którym straszy", no to już masz pełne gacie. Standard.

ŁD: Pamiętam nawiedzony żłobek na Śląsku. Weszliśmy z Konradem do jednej z piwnic. On zobaczył jakiś cień…

KN: To była piwnica w kształcie tunelu. Na jego końcu w pewnym momencie zauważyłem jakiś cień na ścianie. Zatrzymałem się i krzyczę: "Ty, ja tam widzę jakąś postać!".

ŁD: Ja szedłem za Konradem. Wszystko na bieżąco racjonalizowałem: ok, piwnica, ok, tunel, ok. ciemność. Nagle widzę, jak Konrad odskakuje i krzyczy. Co wtedy pomyślałem? Giniemy! Okazało się, że to był grzyb na ścianie, a nie żaden duch. Strach miał wielkie oczy.

AN: Czas na niedyskretne pytanie, czy macie żony, dziewczyny?

KN: Narzeczoną nawet.

Wszyscy: Dziewczyny.

AN: I co? Jak one reagują na te wasze weekendowe wyprawy?

JS: A właśnie dobrze! Bardzo nas wspierają. Często pomagają, pakują nam kanapki na wyprawy.

AN: Nie chciałyby z Wami kiedyś pojechać, zobaczyć?

Wspólnie: Jeżdżą.

KN: Co prawda nie robią tego, co my, ale bacznie obserwują.

AN: Z mojej "babskiej" perspektywy, to najciekawsze wasze wyprawy są właśnie o tych opuszczonych pałacach, dworach, zamkach. Tam gdzie są te duchy. Z tego, co zdążyłam się zorientować, "nawiedzone odcinki" najlepiej się też oglądają…

KN: To prawda. Po każdym odcinku o nawiedzonym miejscu pisze do nas pół Polski!

AN: To może te duchy są tylko pod publiczkę?

KN: Lubimy obalać mity. Historie z duchami są po prostu ciekawe. Choć było jedno takie miejsce, gdzie naprawdę czuliśmy dziwną energię. Działy się tam niewytłumaczalne rzeczy. Same lampy nam się wyłączały, rozładowywały dobrze wcześniej naładowane baterie do kamery. Tam było naprawdę dziwnie. Czuliśmy się w tym miejscu niepewnie, ale żadnego ducha czy demona nie widzieliśmy.

JS: Na naszym kanale rzeczywiście popularne są historie miejsc z duchami w tle, ale to chyba nikogo nie powinno dziwić. Osobiście uważam jednak, że na Urbex History jest o wiele więcej ciekawych miejsc, mamy lepsze produkcje.

AN: Najciekawsze miejsce, w którym byliście?

JS: Na trzy cztery:

Wszyscy: Fukuszima!

AN: Skąd ten zachwyt?

JS: No bez podjazdu...

ŁD: Kiedyś uważaliśmy, że Czarnobyl jest Świętym Graalem urbexu, ale Japonia to jest jakiś Olimp! Japonia to zupełnie inna kultura. Tam wszystko zostało, dokładnie tak, jak osiem lat temu. Budynki nie zostały rozkradzione, są w idealnym stanie. Miasto jest świeżo opuszczone i wyglądają, jakby zatrzymało się w czasie. Wyobraź sobie, że idziesz po nowobogackim warszawskim Wilanowie i nie ma tam żadnego człowieka. Wszystko opustoszałe. Właśnie w takim stanie jest dzisiejsza Fukushima.

JS: Wchodzisz do supermarketu, a tam wszystko nadal stoi na półkach.

KN: Wszystko jest. Nawet monety w kasie.

AN: Co wtedy czuliście? Przypuszczam, że to niezwykłe uczucie widzieć kompletny świat, ale bez tego elementarnego puzelka – bez człowieka.

JS: Z jednej strony łapiemy doła. Zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, jak kruche jest życie. 20 tys. ludzi zniknęło z powierzchni ziemi w tak krótkim czasie. Z drugiej strony czujemy ten niesamowity spokój.

KN: To miejsce bardzo ważne dla każdego Japończyka i każdy, kto tam dotrze, musi sobie zdawać z tego sprawę. Będąc tam, musimy uważać, by nie urazić niczyich uczuć. Dlatego wynajęliśmy miejscowych przewodników, by opowiedzieli nam o tym miejscu. Jeden z nich całą swoją rodzinę odnalazł w kostnicy. Tylko jemu udało się przeżyć. Jak pomyślisz o tej przerażającej samotności,to serce podchodzi ci do gardła…

AN: Nie mieliście ochoty czegoś zabrać, zmienić, przestawić w tej "układance"?

KN: Widzieliśmy wiele filmów, na których ktoś wbijał się do któregoś z domów w Fukushimie i zrobił tam "porządki". Nagrał to i uciekł. Dla nas to nie do pomyślenia. My zawsze mamy szacunek do miejsca, które odwiedzamy.

JS: Szacunek to najlepsze słowo. Podczas podróży po Japonii nagraliśmy odcinek o Kigaharze – lesie samobójców. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy w ogóle go realizować. Szczególnie po tym, gdy zobaczyliśmy, jak Paul Logan tam pojechał, znalazł wisielca i jeszcze z tego się cieszył! Dla nas to jest nie do pomyślenia!

JS: Jeszcze łaził tam z czapką krokodyla czy kosmity…

AN: Ostatecznie jednak zdecydowaliście się na realizację.

JS: Postanowiliśmy potraktować ten odcinek jak zapis wydarzenia. Be fajerwerków. Nie szukaliśmy sensacji. Po co? Po to, by człowiek zastanowił się nad swoim życiem.

AN: Mieliście taki moment, że wchodząc do jakiegoś miejsca – wcześniej splądrowanego, zniszczonego – naprawdę byliście wkurzeni?

ŁD: Wielokrotnie! Parę lat temu zwiedzaliśmy stary budynek PKP. Byliśmy świadkami, jak grupa młodzieży po prostu biegała po budynku, wybijała okna, rzucała krzesłami. W wielu miejscach jest naprawdę źle przez miejscowych i nie tylko miejscowych wandali. Naszą misją jest też m.in. pokazywać, że eksploracja nie polega na niszczeniu. Promujemy taką zasadę: wchodzisz do jakiegoś budynku, zostaw go w takim stanie, żeby następna osoba przychodząca tu po tobie mogła zobaczyć to samo.

AN: Nie piszecie: "Tu byliśmy"?

ŁD: Nie. Naklejek też nie zostawiamy.

AN: Jak długa jest lista miejsc, które chcielibyście odwiedzić?

Wszyscy: Tak! To nigdy się nie skończy!

JS: Od 3 lat tworzymy wirtualną mapę miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Na ten moment mamy zaznaczonych 486 pozycji.

ŁD: Lista się wydłuża…

AN: Ile to jest weekendów?

ŁD: Ostatnio czytałem, że przeciętnie człowiek żyje około 9600 weekendów, więc na ten moment wszystkie mamy zapełnione (śmiech).

KN: Być może mapę przejmą nasze dzieci.

AN: Jak reagują nas was ludzie, których spotykacie w trakcie takich wypraw?

ŁD: Zazwyczaj bardzo pozytywnie. Są często zdziwieni, że np. nas interesuje jakaś rudera, jakiś stary dom.

AN: Rozumiem, że z ich perspektywy to kompletnie nie jest ciekawe?

KN: Tak to działa. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że mieszka obok fascynujących miejsc! Tak było na przykład z dworkiem Himmlera. Pytaliśmy ludzi mieszkających nieopodal czy znają jego historię. Znali, ale tę sprzed 10 czy 20 lat. Kojarzyli, że był tam sierociniec. Przedwojennej historii kompletnie nie znali. Człowiek, który był 4 razy starszy od nas o Himmlerze nawet nie słyszał.

AN: Dopiero wy przyjeżdżacie i otwieracie im oczy na historię!

ŁD: Pokazujemy, że każdy z nas mieszka w ciekawym miejscu, tylko o tym nie wie. Jeszcze nie wie.

AN: Najpiękniejsze miejsce, w którym byliście?

ŁD: Paradoksalnie Las Samobójców. Kryje się w nim straszna historia, ale sam las był naprawdę przepiękny! Jak z powieści Tolkiena!

AN: Czego można życzyć chłopakom z Urbex History?

JS: Banalnie, ale szczerze – zdrowia, miłości, szczęścia.

ŁD: Żebyśmy zobaczyli wszystko, co mamy na tej nasze liście!

KN: Tyle samo filmów, co wypraw!

AN: Zatem trzymam za was kciuki i za wasze dziewczyny z kanapkami też!

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij