Maków Podhalański. Tutaj zaczyna się i kończy każda podróż Zofii Wiesner. Znajomi i rodzina już się przyzwyczaili, że "trudno ją zastać w domu". Zawsze jest "gdzieś": na rowerze, na nartach, w Jordanii, Tajlandii czy Peru. Albo na jednych z licznych zajęć, które wypełniają jej tydzień co do godziny.
Nie dla niej "babciowanie". 69-latkę ciężko zastać w domu
Przy drodze z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego stoi tablica: Przemyśl 297 km. Większość kierowców mija ją bez refleksji. Dla Zofii Wiesner stała się ona zaproszeniem do innego życia. Zamiast roli "stacjonarnej babci" wybrała samotne wyprawy rowerowe, a zamiast gotowania niedzielnego obiadu – śniadania w indyjskich suterenach.
– Dbam o to, żeby sprawiać sobie przyjemność. Nazywam to zdrowym egoizmem – zaczyna swoją opowieść. Ma 69 lat i energię, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna 20-latka.
– Wielu z moich równolatek włącza się "babciowanie". Ich celem staje się bawienie wnuków i gotowanie niedzielnych obiadów. Wydaje im się, że są niezastąpione i rodzina sobie bez nich nie poradzi. Ja tak nie mam. Moje dzieci są już duże i muszą sobie radzić – dodaje.
Nie wystarcza tradycyjne zwiedzanie. "Szukamy czegoś więcej"
297 km do wolności
Wszystko zaczęło się, gdy skończyła 44 lata. Dzieci były już samodzielne, mąż pracował za granicą. Zofia, wtedy jeszcze czynna zawodowa lekarka w szpitalu, poczuła, że czas zrobić coś dla siebie. Iskrą zapalną była tablica informacyjna przy drodze.
– Wracałam z Suchej Beskidzkiej i zobaczyłam tablicę: Przemyśl 297 km. Pomyślałam: spróbuję tam pojechać na rowerze. Podzieliłam się swoim pomysłem z kilkoma osobami, ale one tylko popukały się w czoło. Zrealizowałam go więc po cichu – wspomina.
Przygotowała swój stary, miejski rower przywieziony przez męża z Niemiec. Do bagażnika przyczepiła siatkę, a w niej trzy koszulki i kilka par starych majtek, które zamierzała po drodze wyrzucać, by nie prać i nie dźwigać. Nie było GPS-ów, korzystała tylko z mapy samochodowej. Kiedy startowała, zaczęło zanosić się na ulewę. Miała wprawdzie kurtkę przeciwdeszczową, ale szybko okazało się, że "jest przemakalna".
– Jedna z mieszkanek Makowa zagadała do mnie: "Gdzie to pani doktor jedzie w taką pogodę?". Nie powiedziałam, że do Przemyśla, bo pomyślałaby, że jestem nienormalna. Coś pomruczałam i pojechałam. Po pięciu minutach byłam już przemoczona do tych starych majtek. Ale nie wróciłam do domu – relacjonuje
Zofia Wiesner
Źródło: Archiwum prywatne
Po 50 km przejechanych w strugach deszczu rower odmówił posłuszeństwa. Złapała gumę. Stała na poboczu, bezradna, ociekająca wodą. Pech chciał, że nie miała ze sobą zapasowej dętki. Pod jednym ze sklepów pojawił się kierowca ciężarówki, który podrzucił ją do mechanika. Ale ten tylko wzruszył ramionami: "Ja robię elektrykę samochodową, nie rowery".
Zofia szła więc dalej pieszo, pchając rower przez kolejne 5 km, cały czas w deszczu. W końcu zatrzymał się inny kierowca, wrzucił rower do bagażnika i zawiózł ją do wulkanizatora. Tam panowie nie kryli rozbawienia.
– "Gdzieś to pani jedzie? Chyba nad samą Solinę gna!" – kpili ze mnie. Załatali dętkę, ale okazało się, że opona też była przebita. Była sobota po południu, sklep już zamknięty. Musieli dzwonić do właściciela do domu, żeby przyjechał i sprzedał mi nową oponę. Potem radzili, żebym wracała do Makowa, ale ja się uparłam. Trzeciego dnia byłam już w Przemyślu. To był mój Mount Everest – podsumowuje pierwszą długą wyprawę.
W drodze
Źródło: Archiwum prywatne
Cudem znalezione okulary
Przez siedem lat Zofia podróżowała na rowerze samotnie. Robiła po 500 km w kilka dni, sypiając w miejscach, o których inni baliby się pomyśleć: w opuszczonych szkołach, u obcych ludzi, a raz nawet w zakładzie pogrzebowym.
Szczególnie zapamiętała wyprawę wzdłuż wybrzeża, gdy szlak rowerowy okazał się nieprzejezdnym torfowiskiem. – Rower wpadł mi do wody do połowy wysokości, a ja zaczęłam tonąć. To było niebezpieczne miejsce, a później było tylko gorzej. Musiałam nieść rower na ramieniu, idąc po dwóch brzozowych pniach przerzuconych nad rozlewiskiem. Nie wiem, jaki anioł stróż nade mną czuwał, że się nie zachwiałam – opowiada.
Tego dnia znalazła na ścieżce okulary przeciwsłoneczne. Schowała je do sakwy. Kilka dni później, w pociągu do Szczecina, spotkała parę rowerzystów. Dziewczyna żaliła się, że na bagnach zgubiła ulubione okulary. – Wyciągnęłam je i zapytałam: "Te?". Okazało się, że tak - śmieje się.
Taniec w gipsie i pierniki z Torunia
Droga Zofii dwa razy kończyła się pod kołami samochodu. Pierwszy wypadek wydarzył się na pięć dni przed weselem jej córki. Diagnoza lekarzy brzmiała jak wyrok: złamany kręgosłup.
– Zagipsowali mnie od szyi po kość ogonową. Powiedzieli, że nawet siedzieć nie będę mogła, a co dopiero iść na wesele. Zresztą w nic się nie mieściłam przez ten gipsowy pancerz. No, ale udało się. Przetańczyłam całą noc, a o 7 rano wyganiałam gości – mówi ze śmiechem.
Sprawcą wypadku był góral z Szaflar. Choć sytuacja była dramatyczna, zakończyła się nietypową relacją. – Okazał się porządnym człowiekiem. Miał stado owiec i przez jakiś czas po wypadku przysyłał nam upieczoną jagnięcinę. A na weselu zajadaliśmy się baraniną od niego – opowiada Zofia.
Drugi raz samochód uderzył w nią w drodze do Torunia. Złamanie kości przedramienia, operacja. Tym razem sprawca, pan Wojtek, zaopiekował się nie tylko rowerem i sakwami, ale też nią – odebrał ze szpitala i ugościł u swoich rodziców. – Potem przysyłał mi pierniki z Torunia, bo wiedział, że przez ten wypadek do miasta nie dojechałam.
Prawdziwy świat
Z czasem samotne jazdy rowerowe zamieniła na wyprawy z grupą przyjaciół. Z ekipą poznaną na szlaku św. Jakuba przejechała rowerem 930 km przez Hiszpanię. Przyjaźnie zawarte na tym wyjeździe zaowocowały kolejnym wyprawami rowerem po Europie.
W pewnym momencie zaczęły się też wyjazdy z biurami podróży. Zofia nie znosi turystyki w stylu all inclusive. Nie dla niej leżenie przy basenie czy bieganie za przewodnikiem od katedry do katedry. Wybiera wyprawy z małymi biurami, które celują w miejsca nieoczywiste i mało turystyczne. Najlepiej w grupach maksymalnie 10-osobowych.
– Często śpimy u ludzi w wioskach, na strychach, w miejscach bez prądu czy toalet. Dzięki temu poznajemy choć trochę ten prawdziwy świat. Takie podróże najbardziej mnie interesują – tłumaczy. – Właściwie w każdym miesiącu gdzieś jestem. Na większe wyprawy wybieram się dwa-trzy razy w roku, a na takie krótsze dwu-, trzydniowe – raz w miesiącu.
Zofia Wiesner podczas jednej ze swoich podróży
Źródło: Archiwum prywatne
Przesyłka z Delhi do Suchej Beskidzkiej
Jedną z najbardziej niezwykłych historii Zofia Wiesner przywiozła z Indii. W sercu Delhi weszła z koleżankami do obskurnej sutenery na śniadanie. Żelazne stoliki, miski z ryżem i kwaśnym mlekiem. Nagle siedzący obok Hindus odezwał się do nich czystą polszczyzną: - Dzień dobry, słyszę, że jesteście z Polski. Skąd dokładnie?
– Z Krakowa – odpowiedziałyśmy, nie chcąc tłumaczyć, gdzie jest Maków Podhalański – relacjonuje Zofia.
– Z Krakowa? To ja znam te okolice. Mam przyjaciela w Suchej Beskidzkiej (7 km od Makowa Podhalańskiego - przyp. red.) – zaskoczył je Hindus.
Zofia do dziś nie może uwierzyć w ten zbieg okoliczności. Pierwszy napotkany Hindus w prawie 1,5-miliardowym kraju znał jej okolicę i sąsiada. Świat okazał się mniejszy, niż jej się wydawało.
– Hindus dał nam numer telefonu swojego kolegi i prezent dla niego. Kiedy wróciłyśmy i przekazałyśmy przesyłkę, jego znajomy był w szoku. Nie mógł uwierzyć, że można się tak spotkać na drugim końcu świata – podsumowuje opowieść.
Zofia Wiesner na nartach
Źródło: Archiwum prywatne
Kalendarz wypełniony po brzegi
Kalendarz Zofii Wiesner przypomina plan treningowy zawodowca. Każdy dzień ma swoją aktywność. – Raz w tygodniu joga, raz zumba, raz fitness, raz basen. A zimą? Zimą morsuję – wylicza. Do tego, co roku narty w Alpach. No i oczywiście wyprawy rowerowe, choć już rzadziej samotne i raczej krótsze – "tylko 100 km". Nawet jeśli teraz częściej korzysta z GPS-a , to wciąż szuka celu.
– Nie lubię kręcić się w kółko wokół domu. Muszę mieć cel: Cieszyn, Wisła, Szczyrk. To mnie napędza. Mam jeszcze tylu znajomych, do których obiecałam przyjechać na rowerze. I zamierzam tej obietnicy dotrzymać – mówi.
Mimo że ma już kilka nowych rowerów, w garażu wciąż trzyma swój pierwszy, zardzewiały dwukołowiec. To jej talizman. – Jeżdżę nim teraz tylko do miasta, po zakupy.
Zofia Wiesner nie zwalnia, bo jak sama mówi, ma jeszcze "bardzo dużo planów w głowie". Kalendarz na najbliższy czas? Narty w Andorze i wyprawa do zachodnich stanów USA. Dla niej każda podróż to okazja, żeby wyjść poza schemat babci stojącej przy garnkach i poczuć, że żyje.
Iwona Wcisło, dziennikarka Wirtualnej Polski