Podziel się:
Skopiuj link:

Nic znaczy wszystko. O tym, dlaczego tempo życia jest dla naszego organizmu zabójcze

Przynajmniej jeśli chodzi o nicnierobienie. Tak przekonuje autor książki "Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia" Ulrich Schnabel. Nazywana przez niego samego "wygaszaczem ekranu, który ma chronić nasz zestresowany monitor przed przepaleniem", to idealna lektura na wakacje. Zwłaszcza jeśli nie umiesz odpoczywać.

Marta Krupińska: Możesz pracować więcej, dłużej, efektywniej - przekonują nas producenci napojów i suplementów energetycznych, których rynek nieustannie rośnie w siłę. Pan tymczasem bez ogródek mówi coś zupełnie odwrotnego. W książce pisze pan, że przerwa w codziennym dążeniu do "więcej i więcej" nie jest czasem straconym. Wręcz przeciwnie - pozwala złapać dystans i jest warunkiem przeżycia. Ale sam pan zauważa, że sto lat temu prawdopodobnie wszystkich na zdiagnozowano by jako permanentnie zestresowanych neurasteników, pogrążonych w nieustannym pędzie, który koniec końców nigdy nie pozwala dotrzeć do celu.

Ulrich Schnabel: Żyjąc w społeczeństwie przyspieszenia, płacimy za to bardzo wysoką cenę. Wystarczy przypomnieć, że WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) zaliczyła stres wywoływany przeciążeniem w pracy jako jedno z największych zagrożeń dla zdrowia w XXI wieku. A to wszystko negatywnie odbija się nie tylko na nas, jako na jednostkach, ale też na całej gospodarce. To właśnie nieograniczony wzrost ekonomiczny i coraz szybszy obieg dóbr i pieniędzy doprowadził do globalnego kryzysu, który zaczął się w 2007 roku. Dodajmy do tego wyczerpywanie się naturalnych zasobów i źródeł energii i coraz bardziej realne widmo katastrofy ekologicznej. Tak jakby sama planeta ostrzegała nas, że trzeba zwolnić. Również naukowcy od dawna podkreślają, że współczesne tempo życia jest dla naszego organizmu zabójcze. I że okresy bezczynności są dla naszego mózgu niezbędne. To ważne dla naszej psychiki, ale też zdrowia, tak samo jak dieta.

Dlatego swoją książkę określa pan jako "dietetyczny poradnik dla psychiki"?
Tak, bo z ciałem już od dawna obchodzimy się dużo lepiej niż z psychiką. Zwracamy coraz większą uwagę na to, co jemy, za to bezmyślnie faszerujemy swój biedny umysł mnóstwem niepotrzebnych danych, których nie jest on w stanie przetrawić. W efekcie czujemy się wypaleni i nie jesteśmy w stanie skupić się na naprawdę ważnych zadaniach. A przecież mózg potrzebuje też czasu na regenerację.

Dla wielu z nas taką okazję, żeby się zatrzymać albo przynajmniej zwolnić obroty, stał się okres pandemii. Czy pana zdaniem zdaliśmy ten egzamin?
W trakcie izolacji wiele osób zmieniło swoje nawyki, niektórym udało się rzucić palenie, inni zaczęli ćwiczyć, zdrowo się odżywiać, bo wreszcie mieli na to czas. Z kolei np. lekarze mieli więcej stresu i pracy, to było dla nich prawdziwe wyzwanie. Ale nawet dla tych osób, które mogły pracować mniej, często to był trudny okres. Kluczowa jest tu kwestia wolnego wyboru czy możemy sami podjąć decyzję czy jesteśmy do czegoś zmuszeni. Tu nie było wyboru, stanęliśmy przed faktem dokonanym. I nie wszyscy umieli się odnaleźć w tych nowych realiach.

A jak pan spędził okres przymusowej izolacji?
Miałem pisać książkę. Od paru lat mam taki tryb działania, że przez część roku pracuję w redakcji (Schnabel jest redaktorem niemieckiego tygodnika "Die Zeit" - przypis red.) , a resztę czasu poświęcam na pisanie książek. Pandemia przypadła akurat na ten drugi okres, który i tak zaplanowałem, że spędzę w domu. Ale uznałem, że nie mogę pisać, jeśli nie wiem, co się wydarzy w najbliższej przyszłości, jak rozwinie się sytuacja. Książka miała wyjść w przyszłym roku, nie wiedziałem, czy moje przemyślenia nie okażą się kompletnie bezwartościowe i nieaktualne w obliczu nadchodzących wydarzeń. Przed pandemią chciałem pisać o tym, jak bardzo czujemy presję, by podążać za innymi, a na ile mamy wolność, aby postępować, jak chcemy i dokonywać własnych wyborów.

W kwestii wolnego czasu to dość znaczące. Ciężko oprzeć się presji, jeśli wszyscy wokół nas robią fantastyczne rzeczy, mają co i rusz nowe hobby, wspinają się na kolejne szczeble kariery i zdobywają nowe umiejętności.
Chyba każdy z nas przynajmniej raz w życiu odczuwał, że nie jest tak dobry, jak inni. To jest naturalne. Dlatego warto otaczać się ludźmi, w których towarzystwie dobrze się czujemy, którzy są zrelaksowani i którzy nie tworzą tej presji. W okresie lockdownu ona zmalała, bo wszyscy byliśmy w tej samej sytuacji i musieliśmy siedzieć w domu.

Zgadza się. Ale też wiele osób rzuciło się jak szalone na webinary z uważności, zajęcia jogi, kursy świadomego oddechu. To, co miało ich relaksować, odprężać, okazało się ich kolejnym przekleństwem, bo sami nakładali na siebie presję. W efekcie tracili ten balans, który tak bardzo chcieli odzyskać.
Dlatego główne motto mojej książki brzmi: nie stresuj się wolnym czasem. Nie nakładaj na siebie presji, że musisz być zrelaksowany, bo to tylko potęguje stres.

Wzorem mogą być dla nas buddyjscy mnisi, ale też śródziemnomorskie nacje: Włosi, Hiszpanie, gdzie praktykuje się to niespieszne podejście, czego przykładem jest choćby słynna hiszpańska "mañana". Ale już Niemcy bardziej niż z relaksem kojarzą się z "ordnung muss sein" (porządek musi być).
Generalnie, w naszej zachodniej kulturze panuje kult pracy. To na niej budujemy swoje poczucie statusu, prestiżu i własnej wartości. Praca jest jednoznaczna z karierą, dążeniem do sukcesu, samorealizacji i spełnienia. Oczywiście, poczucie presji czasu różni się w zależności od szerokości geograficznej. Dlatego warto podróżować, doświadczać, rozmawiać z ludźmi, poznawać ich podejście, podpatrywać, jak żyją. W podróży łatwiej nam się zaadaptować do innego trybu i wtedy możemy przewartościować swoje podejście, oderwać się od przyzwyczajeń i nawyków. Choć czasem dalekie wojaże mogą być dla nas tylko dodatkowym źródłem stresu. Wtedy bliższe kierunki mogą się okazać lepszym wyborem, bo odchodzi nam stres związany z długim lotem, jetlag, czas potrzebny na aklimatyzację. Poza tym, żeby odpocząć, często wcale nie trzeba ruszać się z domu. Tylko od nas zależy, gdzie stworzymy sobie tę przestrzeń do wypoczynku.

Na wakacjach łatwiej jest się nie spieszyć, bo włączamy tryb "chill out". Tylko jak zachować to podejście po powrocie do domu, aby znów nie wpaść w wir morderczego stresu i pośpiechu?
Najlepszymi nauczycielami jesteśmy my sami. Jak nikt inny wiemy, czego potrzebujemy, co nas stresuje, czego chcielibyśmy się pozbyć. Poza tym z czasem wolnym jest trochę jak z nauką gry na pianinie. Codziennie ćwiczysz i w ten sposób robisz postępy. To wymaga i czasu, i wysiłku, aby zmienić nawyki, które generują w nas stres. Wszyscy mamy w życiu różne okresy, w tym te szalone i stresujące. Ważne jednak, by zbalansować je momentami, gdy jesteśmy zrelaksowani. I to do nas należy zadanie, aby zarezerwować sobie czas, który chcemy przeznaczyć na wypoczynek czy po prostu chwilę dla siebie.

Mnie przekonały opisane przez pana przykłady naukowców z Izaakiem Newtonem na czele, którzy swoich największych odkryć dokonali właśnie w czasie wolnym.
Gdy byli zrelaksowani, przychodziły im do głowy najlepsze pomysły. Z kolei inni wielcy tego świata, m.in. Mark Twain, Albert Einstein i John Lennon uwielbiali spać i wylegiwać się w łóżku. Winston Churchill był zaś wielkim fanem popołudniowej drzemki i wychwalał jej zalety. Naukowcy potwierdzają, że ma to sens. W trakcie snu mózg przetwarza uzyskane w ciągu dnia doświadczenia, ale też umacnia nową wiedzę i informacje, które przyswoił. Ponadto, podczas pozbawionego konkretnego celu nicnierobienia, niektóre obszary mózgu są bardziej aktywne niż podczas ukierunkowanego myślenia. Stąd wielu uczonych miewało przebłyski geniuszu w chwilach odprężenia, np. podczas spaceru czy tak jak Archimedes - kąpieli w wannie. To najlepszy dowód na to, że czas wolny może być bardzo twórczy i produktywny. I wcale nie musi oznaczać nicnierobienia.

Dla niektórych ludzi, którzy żyją na bardzo wysokich obrotach to mogłoby być wręcz szkodliwe.
Dokładnie tak. Dla nich ten czas wolny może być bardzo aktywny. Będą lepiej czuć się w ruchu niż leżąc bezczynnie na plaży. Dla każdego to może być coś innego, ważne tylko, aby sprawiało nam przyjemność. W języku angielskim jest takie słowo, które według mnie idealnie oddaje ten stan - resonance (dosłownie: współbrzmienie). Jeśli w takich chwilach przychodzi nam do głowy myśl: moje życie jest takie, jak powinno być, to jest właśnie to. Mam przyjaciółkę, malarkę, która kończy 92 lata. Powiedziała mi niedawno, że namalowała swój ostatni obraz. Zapytałem ją: to co teraz robisz? A ona na to: cieszę się życiem i to zajmuje mi cały dzień. I chyba o to w tym chodzi. Ludzie czasem pytają: no dobrze, ale jak długo mam to robić? Tyle, ile potrzebujesz, na ile masz ochotę. Ostatnie, z czym powinien kojarzyć się czas wolny, to przymus. To moment, gdy w końcu możemy, nie musimy. Wykorzystajmy go tak, jak chcemy. Nawet dziecko to potrafi. Wystarczy spojrzeć na dzieci, gdy się bawią. Zatracają się wtedy w tej zabawie, naturalnie i bez wysiłku.

Radzi pan, aby właśnie od dzieci uczyć się tej beztroskiej, bezpretensjonalnej radości.
Dzieci mają w sobie niezwykły entuzjazm i szczery zachwyt, gdy robią coś, co je ekscytuje, nieważne, czy chodzi o rysowanie, taniec czy grę w piłkę. Dlatego warto przypomnieć sobie, co lubiliśmy robić, gdy byliśmy młodzi albo w dzieciństwie, co nam sprawiało przyjemność i dlaczego to porzuciliśmy. Może czas do tego wrócić?

Ulrich Schnabel z wykształcenia fizyk i dziennikarz, od 1993 roku jest redaktorem działu naukowego tygodnika "Die Zeit". Jego książka "Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia" ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Muza. Foto: Martina van Kann

Źródło: Materiały prasowe

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij