fot. Materiały prasowe
Podziel się:
Skopiuj link:

Martyna Wilde: Wolę pojęcie "less waste". Jest bardziej uczciwe

Pandemia zmieniła sposób, w jaki kupujemy modę. Ale nie pozostała też bez wpływu na to, jak ubrania i akcesoria powstają. Najbardziej spowodowane lockdownem trudności odbiły się na małych, rodzinnych markach. Większość z nich, aby przetrwać, musiało dostosować się do nowej rzeczywistości.

Tak właśnie stało się w przypadku krakowskiej marki Mapaya. Jej założycielka Martyna Wilde wcześniej szyła ubrania i akcesoria z artystycznie, ręcznie tworzonych materiałów pochodzących z małych, rodzinnych manufaktur w Azji. Kiedy pandemia uniemożliwiła podróże i znacznie utrudniła transport z odległych części globu, Martyna musiała wymyślić swój biznes na nowo. Nam opowiada o tym, jak udało jej się przetrwać, zachowując jednocześnie szlachetną filozofię marki, jak pandemia wpłynęła na wzrost świadomości klientów i o tym, dlaczego moda zero waste właściwie nie jest możliwa.

Jak rozumiesz pojęcie zero waste?

Zero waste, z definicji, to ograniczenie — w założeniu finalnym do zera — odpadów produkcyjnych.

To dość utopijne, nie sądzisz? Czy twoim zdaniem moda zero waste w ogóle istnieje? Czy raczej możemy mówić o less waste — minimalizowaniu odpadów?

Zdecydowanie wolę pojęcie "less waste". Jest bardziej uczciwe — bo jednak trudno mówić o zerowych odpadach produkcyjnych. Przykładowo — nawet jeśli wykorzystujemy w stu procentach zakupiony materiał, to w wyniku samej jego produkcji już powstają odpady. Takie jak chociażby woda itp. Najbliższe idei zero waste wydaje mi się kupowanie mody vintage, upcycling.

Autor:

Idea zero czy less waste i mody zrównoważonej przyświeca dziś wielu markom. Ale w twojej były obecne chyba od zawsze?

Tak, bo od zawsze tworzę kolekcje w duchu slow fashion. Takie, w których pierwsze skrzypce od-grywa jakość, a nie ilość. Robię wszystko, żeby pracować na ekologicznych tkaninach — takich jak certyfikowany polski len, czy bawełna pochodząca od polskich, sprawdzonych producentów. Szyję tylko tyle, ile wiem, że sprzedam. Jeśli mam jakiekolwiek odpady, wykorzystuję je — powstają z nich akcesoria, np. opaski, gumki do włosów. Nawet najmniejsze skraweczki staram się wykorzystywać dalej — używam ich np. do aplikacji na ubrania lub przekazuję dalej do prac rękodzielniczych. Co więcej, pracuję na materiałach ręcznie tkanych i barwionych — nauczyłam się wykorzystywać każdy ich skrawek. Nie tylko z szacunku do środowiska, ale też dlatego, że te materiały nie są tanie, a zdobycie ich wymaga sporych zasobów.

Myślisz, że czas pandemii sprawił, że ludzie zaczęli bardziej zwracać uwagę na to, jak kupować modę? Widzisz wzrost takiej świadomości u swoich klientek?

Zdecydowanie tak. Myślę, że zaważyły na tym dwa aspekty: po pierwsze, ludzie zyskali więcej czasu na refleksję oraz więcej czasu zaczęli spędzać na zakupach w internecie, czyli tam, gdzie z większa łatwością można znaleźć fajne, małe, lokalne marki. To zaowocowało zwróceniem się kupującego w stronę lokalnej produkcji. Drugim aspektem jest wzrost poczucia wspólnoty i chęci wsparcia — np. mojej marki przez stale klientki Mapayi. Myślę, że było to spowodowane świadomością, że nastały trudne, pełne wyzwań czasy. Nie spodziewałam się takiego wsparcia mojej marki oraz poczucia solidarności. Dostawałam regularnie wiadomości z zapytaniem, jak sobie radzimy itp. To trwa do tej pory. Nasz sklep stacjonarny mieści się w Krakowie, a dużo odwiedzających go klientek pochodzi z innych części Polski czy nawet z zagranicy. Mimo to, przez cały ten rok odwiedzały nasz sklep, mówiąc: "Jak się cieszymy, że przetrwaliście". To jest bardzo wzruszające i jest też dla mnie świadectwem tego, że niszowa marka, której clue jest kontakt z klientem, to coś więcej niż ubranie. To też bliskie relacje i naddana wartość, którą ciężko nawet ująć w słowa. Bardzo mnie to wzrusza.

Źródło: Materiały prasowe

Pytam również dlatego, że ty w Mapayi przez pandemiczne utrudnienia musiałaś sporo zmienić — w efekcie szyjesz teraz bardziej lokalnie. Czy mogłabyś nam coś więcej powiedzieć o tej małej rewolucji?

Przed pandemią ubrania powstawały w dużej mierze za granicą, bardzo dużo podróżowałam, poszukując unikatowych materiałów — ręcznie tkanych ikatów z Indonezji czy Tajlandii, ręcznie stemplowanych materiałów z Indii, ręcznie barwionych materiałów. Wszystkie te materiały zachowują się w szyciu inaczej niż materiały powstałe w produkcji maszynowej. Stąd szyłam tam, gdzie ludzie znali ich właściwości i potrafili wydobyć z nich piękno. W czasie pandemii podróżowanie stało się ogromnym wyzwaniem — zwłaszcza z małym dzieckiem, a ja mam kilkuletnią córkę. Tak-że trzeba było wymyślić Mapayę od początku. Postawiłam na Polski len, udało mi się odbyć mini podróż na Dolny Śląsk do jednej z najstarszych i nadal jeszcze funkcjonujących fabryk tego materiału. Byłam zachwycona, bo poznałam tajniki produkcji od zaplecza. To dało mi siłę, żeby stworzyć lnianą kolekcje od podstaw w Krakowie.

Brzmi jak wielkie wyzwanie! Co w tym wszystkim było najtrudniejsze?

Wyzwaniem było przede wszystkim stworzenie procesu produkcyjnego zupełnie od podstaw tu na miejscu. Do tej pory przez 6 lat istnienia mojej marki ubrania powstawały przy wsparciu wielu osób. Konstrukcje, pierwsze odszycia, panie krawcowe — te ścieżki miałam przetarte. Problem polegał na tym, że znajdowały się tysiące kilometrów od domu. Dlatego teraz musiałam stworzyć wszystko od podstaw sama, tu na miejscu. Projektowanie, wielokrotne odszywanie pierwowzorów, dobór nici, odpowiedniej gumy itp — wszystkim musiałam się zająć. W czasie pandemii, za-mówiłam też zdalnie dużo ręcznie tkanych i barwionych materiałów z Indonezji i Tajlandii z zaprzyjaźnionych manufaktur. Okazało się jednak, że koszty ich produkcji oraz transportu poszybowały w bardzo krótkim czasie kilkukrotnie do góry.

Autor:

Źródło: Materiały prasowe

Wspomniałaś, że obecnie wiele ubrań Mapayi powstaje z polskich lnów. To szlachetny, ale wciąż niedoceniany materiał, więc był chyba dość ryzykownym wyborem?

Nie zastanawiałam się nad tym zaczynając pracę z lnem, ponieważ sama kocham tę tkaninę i jest ona wybitnie Polskim materiałem. Dzięki temu pasował idealnie do założeń marki. Kocham len również dlatego, że dzięki niemu udało mi się przetrwać pandemię i wejść w nowy rozdział funkcjonowania mojej firmy. Miałam to szczęście, że moje klientki też pokochały ten materiał.

Czyli klientki pozytywnie zareagowały na tę dość nagłą zmianę?

Tak, zareagowały bardzo dobrze, była to dla nich bardzo naturalna zmiana. Tym bardziej , że ciągle w naszych projektach łączę polski len z ręcznie tkanymi materiałami. Nadal też ręcznie barwimy materiały sami, w Krakowie. Estetyka, feeling marki — to coś, co jest jej siłą — pozostało bez zmian. Z lnu powstały m.in. topy inspirowane fasonem kimono — czyli mocne nawiązanie do tego, co od zawsze mam w ofercie. A kimonowe kroje były hitem ostatniego sezonu.

Autor:

Źródło: Materiały prasowe

Filozofia twojej marki wpisuje się w zasady zrównoważonej mody również dlatego, że szyjesz w niewielkich ilościach, a materiał wykorzystujesz w całości. Jak wpadłaś na pomysł akcesoriów z pozostałości tkaniny?

Pomysł przyszedł sam. Z odpadów szyję opaski i gumki do włosów — m.in. dlatego też, że sama uwielbiam je nosić. Takie działanie było bardzo intuicyjne. Z większych kawałków materiału szyję opaski, a z tych najmniejszych gumki typu scrunchie z ozdobnym wiązaniem. Już przy pierwszych kolekcjach lnianych kimon pojawiły się jednocześnie akcesoria, które okazały się hitem wśród klientek. Opaski szyję w 100% z lnu, a gumki to połączenie lnów i totalnych materiałowych perełek z całego świata — takich jak ikaty czy batiki. Gumki są absolutnie unikatowe, bo nie ma dwóch takich samych sztuk, to takie małe dzieła sztuki. I znowu — nie planując — wpisałam się w trendy, bo mnóstwo innych marek też tak robi i to jest super!

Nosisz głównie rzeczy swojej marki, ale nie tylko. Jakich innych projektantów — polskich i zagranicznych cenisz?

Sama mam bardzo mało rzeczy, aż się dziwię. Z niedowierzaniem odkryłam ostatnio, że w swojej szafie mam wciąż wiele rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat, które ciągle noszę! Kiedyś przywoziłam ubrania vintage z podróży po Azji. Generalnie bardzo mało kupuję. Lubię krakowską markę Pat Guzki — za wizję, rozmach i inspiracje Azją. Lubię też krakowską markę Maruna, która szyje 100% upcyclingowe torby, nerki — bo czuć w tej marce autentyczność i pasję do procesu tworzenia.

Autor:

Źródło: Materiały prasowe

A co poradziłabyś tym, którzy chcieliby zacząć kupować modę w sposób bardziej zrównoważony?

Przede wszystkim, zaopatrywanie się u małych, rodzinnych niszowych marek. Dlaczego? Nie mamy nadprodukcji, szyjemy tylko tyle, ile sprzedajemy. Najczęściej szyjemy bardzo lokalnie. Dokładamy starań, żeby jakość była na najwyższym poziomie. Bardzo często taka marka to firma rodzinna. Wiem, że takie zakupy to dodatkowy wysiłek i nie są tak proste, jak wejście do galerii z dziesiątka-mi sklepów, ale w Polsce naprawdę jest mnóstwo wspaniałych marek. Cyklicznie odbywają się też świetne targi, na których można znaleźć wiele ciekawych polskich marek. Świetnymi przykładami są choćby targi Slow w Warszawie, czy krakowski Kiermash. Kupując w małej firmie, bardzo real-nie zasilasz marzenie. Dzięki temu, że kupisz rzecz, której potrzebujesz w Mapayi, a nie w sieciówce, mam możliwość utrzymać swoją rodzinę, rozwijać firmę. A także podążać za tym, czego potrzebujesz, gdyż bardzo często projekty powstają na prośbę moich klientek. To jest przełożenie 1 do 1. Moja firma istnieje tylko dzięki ukochanym stałym klientkom. A ja z kolei staram im się służyć najlepiej jak potrafię. Dlatego kupując w małej marce masz realny wpływ.

Źródło: Materiały prasowe

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij