fot. Julia Kaczorowska
Podziel się:
Skopiuj link:

Katarzyna Bonda i Michał Czernecki oswajają demony

- Każdy wielki człowiek miał w swoim życiu moment krytyczny - mówi Katarzyna Bonda, wspominając tragiczny wypadek, po którym zaczęła pisać powieści. - Czułem, że ledwo trzymam się zdrowego rozsądku - opowiada Michał Czernecki. Los ich doświadczył, ale zamiast zatracić się w rozpaczy, walczą. Nie znając się prywatnie, spotkali się w teatrze, by porozmawiać o demonach przeszłości, samotności i odwadze mówienia "NIE".

AN: Oboje jesteście ludźmi po przejściach. Michał, opowiedziałeś w swojej książce o momencie, w którym chciałeś rozstać się z życiem. Ty Kasia mówisz otwarcie o wypadku, który spowodowałaś i w którym zginął człowiek. Po co to zrobiliście?

Michał Czernecki: Między innymi po to, żeby podsumować i zamknąć pewien rozdział mojego życia.

Katarzyna Bonda: Uznałam, że wyznanie tego jest moim obowiązkiem wobec czytelników, jeśli mają ufać moim opowieściom fabularnym.

AN: Żeby wytłumaczyć się z tego wydarzenia?

KB: Nie należy się nikomu z niczego tłumaczyć, tylko Bogu. To kwestia szczerości wobec siebie. Bo ludzie czują fałsz z daleka.

AN: Czy te książki były dla was pewnego rodzaju terapią?

KB: Nie napisałam na ten temat żadnej książki, natomiast wyspowiadałam się niemal we wszystkich mediach i zawsze powtarzam, że ciężar traumy pozostaje w człowieku na zawsze. Wszystko pozostawia w nas trwały ślad: każdy człowiek, doświadczenie, emocje, na jakie się otwieramy. Prawdopodobnie dlatego opowieści z przestrzeni cienia były do niedawna moją domeną, bo sama przebywałam w emocjonalnym hadesie. Ale powtarzam raz jeszcze: nigdy nie używam w powieści własnych doświadczeń w formacie 1:1 i nie popieram takich zachowań. Czyścić się należy na terapii, u zawodowców, a dopiero potem zasiadać do fabuły. Natomiast nie kryję tego, że na zapis książki mają wpływ moje stany emocjonalne i empiryzm. Zresztą, jeśli się wgłębić w życiorysy wielkich pisarzy, to każdy z nich miał w swoim życiu moment krytyczny. Ja zdecydowałam, że poświęcę się literaturze właśnie po takim wydarzeniu, ale nigdy nie piszę o sobie. Natomiast przeglądam się w losach moich bohaterów. Myślę, że to, co zrobił Michał – totalnie odsłonięcie w wywiadzie rzece - wymagało o wiele większej odwagi.

MC: Odwagą byłoby dla mnie nie napisać o tym i zostawić to wszystko w sobie niepoukładane, nieposegregowane. Czy książka była terapią? Możliwe, że była jej częścią. Gdyby nie lata pracy nad sobą przy użyciu wielu terapii i terapeutów, napisanie jej w ogóle nie byłoby możliwe. Poza tym chciałem spisać moją wersję wydarzeń.

AN: Wersji było więcej?

MC: Miałem taki moment, gdy nie wiedziałem już, co było prawdą, a co fałszem. Przez lata cytowania wyrywkowego, albo użytkowego opowiadania moich historii straciłem do nich dystans. Poza tym osoby mi najbliższe próbowały mi narzucić swoją optykę widzenia tych zdarzeń. W pewnym momencie powiedziałem sobie: "ku…a, koniec, mam prawo opowiedzieć tę historię tak, jak ją zapamiętałem".

Źródło: Michał Czernecki w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: Często buntujesz się?

MC: Znasz to uczucie, kiedy nie wiesz, czy to Ty napiłaś się wody z zatrutej studni czy ludzie, którzy Cię otaczają?

AN: Doskonale.

MC: Miałem tak z książką i miałem tak z Teatrem Dramatycznym. Czułem, że ledwo trzymam się swojego zdrowego rozsądku. Postanowiłem stamtąd uciekać jak najszybciej.

KB: To bardzo zdrowe podejście. Twoja ucieczka od trudnej, niezrozumiałej, niesprawiedliwej sytuacji świadczy o harcie ducha. Odejście nie zawsze jest tchórzostwem, lecz aktem godności.

AN: Łatwo jest uciekać?

MC: Mnie było bardzo trudno. Opuszczając Teatr Dramatyczny, musiałem wyjść, jak to się teraz popularnie mówi, z własnej strefy komfortu. Miałem satysfakcjonującą, dobrze płatną pracę. Grałem tam w ośmiu spektaklach, które lubiłem grać. Byłem częścią świetnego zespołu. Nie mogłem jednak zostać. Zgodziłbym się wówczas na zasady postępowania z ludźmi, które są sprzeczne z tym, co uważam za normę.

KB: To się nazywa mieć szacunek do samego siebie.

MC: Nie tylko szacunek, ale też miłość. Możesz powiedzieć, że jesteś pisarką, aktorką, dziennikarką, dlatego że nic innego nie potrafisz robić.

AN: Ludzie często to powtarzają.

MC: Możesz też powiedzieć, że nic innego w wystarczającym stopniu nie jest godne twojego czasu. To był prawie dosłowny cytat z książki "Prawda i fałsz. Herezja i zdrowy rozsądek w aktorstwie" Dawida Mameta. Ta książka dodała mi otuchy i wiary w to, że to, co i jak robię ma sens. To książka nie tylko dla aktorów. Mamet pisze o tworzeniu, rzemiośle, ale też o poczuciu ludzkiej godności. Niezależnie od tego, co robisz zawodowo i kim jesteś, nie pozwól, by ktoś Tobą manipulował, używał Cię do swoich celów.

Źródło: Michał Czernecki w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: Czy aktor nie jest przypadkiem narzędziem w rękach reżysera?

MC: Nie bagatelizuję wydarzeń w Teatrze Bagatela (nomen omen), ale nadużycia w moim środowisku są nagminne. Zdarza się, przerażająco często, że jakiś reżyser – dyletant – traktuje aktora jak rzecz. Mówi się nawet w środowisku, że aktor jest do grania jak d..pa do sr…nia. To wcale nie jest takie śmieszne. Ludzie, których znam, czasami ryzykują zdrowie i życie. Wmawia się im, a oni w to wierzą z poczucia lojalności, że robią to w imię sztuki. A kiedy stanie się coś nieodwracalnego, zostawia się ich samym sobie.

KB: To straszne jest.

MC: Kiedyś myślałem, że jestem aktorem, bo nic innego nie potrafię. Dzisiaj wiem, że chcę nim być - ale na swoich zasadach. To też oznacza, że stawiam sobie wyzwania. Staram się nie przywiązywać do bezpiecznych etykietek, które ktoś próbuje mi narzucić. Nie uzależniam się od "głasków" publiczności. W pisarstwie jest chyba podobnie…

KB: Bardzo wielu artystów tak ma. Buduje pozorne poczucie wartości, bo w końcu czy nie jest przyjemne, gdy cię czytają, chwalą, wielbią? Po tych wszystkich cudownych rzeczach, które piszą mi ludzie, puchnę jak balon. Sama muszę się przekłuwać.

MC: Trzeba uważać, żeby cię świat nie zagłaskał na śmierć.

KB: Wyzwania w tym pomagają. Takim pójściem w nieznane była książka "Miłość leczy rany". Pamiętam, jak ujawniłam tytuł książki. Mój wydawca był przerażony. Myślał, że to będzie klapa, ale ja wierzyłam w tę historię, nosiłam ją w brzuchu przez 19 lat. Okazało się, że bycie blisko siebie przynosi efekty.

Źródło: Katarzyna Bonda w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: To nie pierwszy raz, gdy rzucasz wszystko i wychodzisz ze swojej strefy komfortu. Po wypadku miałaś podobny moment. Chciałaś wtedy ze sobą skończyć?

KB: Nie ukrywam, że takie myśli się pojawiały. Dzisiaj mogę o tym mówić bez rozedrgania, bo wykonałam pewną pracę. Kiedy spadniesz na samo dno studni i roztrzaskasz się, umrzesz metaforycznie, ale też pogodzisz z tym, że doświadczyłaś pewnego rodzaju końca, szczerze zgłębisz się w to i zaakceptujesz swoją słabość oraz wybaczysz sobie i zapragniesz zrobić coś dla świata jako odkupienie win, to w pewnym momencie zrozumiesz, że niżej być już nie można. I masz tylko jedną drogę – do góry. Wtedy przychodzi prawdziwa moc, z brzucha, ta prawdziwa. Na tym zasadza się archetyp feniksa. I cud zmartwychwstania.

AN: Jak oceniasz to wydarzenie z perspektywy czasu?

KB: Wierzę, że los mówi do ciebie przez trudne wydarzenia. Wypadek był pokłosiem mojego wcześniejszego życia. Robiłam coś, czego nie chciałam. Nie bez powodu nigdy już nie wróciłam do dziennikarstwa. Kryzys czasami jest błogosławieństwem, bo to lekcja do odrobienia. Nie warto wagarować.

AN: Bałaś się tej zmiany jak Michał odejścia z teatru?

KB: To był kompletnie irracjonalny wybór. Nikt w Polsce nie utrzymywał siebie i rodziny z pisania książek. To nie miało prawa się udać. Tak, bałam się cholernie. Ale bardziej bałam się zniewolenia. Nie chciałam, by ktoś obcy mówił mi, jak mam żyć.

AN: Podczas wywiadu dla Męskiego Grania 2019 Kasia Nosowska powiedziała, że ona jest na takim etapie swojego życia, że już nic nie musi. Robi tylko to, co chce i to jest jej zdaniem szczęście. Też tak masz?

KB: Wszystko możesz, ale nic nie musisz.

MC: Wierzę w nieustanny dialog człowieka ze światem i samym sobą. Kiedy próbujesz w tym dialogu okłamać świat, prędzej czy później pokaże ci, że błądzisz. Wewnętrznym kryzysem, chorobą, wypadkiem - postawi Cię przed wyborem. Mój przyjaciel powtarza, że ryba popłynie tam, gdzie głębiej, a człowiek pójdzie tam, gdzie łatwiej. Tak jesteśmy skonstruowani. Brniemy wciąż w te same ślepe uliczki. Jesteśmy omylni i niedoskonali. Ale możemy się na swoich błędach uczyć. I próbować robić inaczej.

KB: Zawsze, nawet w przypadku drobnych rzeczy, zadaję sobie pytanie: "czy tego chcesz?". Gdy odpowiedź brzmi: "tak", zadaję kolejne: "czy tego naprawdę potrzebujesz?". Bywa, że odpowiedzi nie są tożsame. Kiedyś na oba pytania niemal zawsze odpowiadałam: "jasne!". Życie pokazało mi jednak, że brawura nie popłaca. Człowiek musi być uważny i pokorny. Dzisiaj na to drugie pytanie w 70 proc. przypadków odpowiadam: "nie". Rezygnuję świadomie z jakichś rzeczy, relacji, wydarzeń, bo nie są mi potrzebne.

Źródło: Katarzyna Bonda w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: Potraficie powiedzieć "nie" nawet bliskiej osobie?

KB: Czasami trzeba.

MC: Jeśli ktoś wbrew Twojej woli ciągnie cię w dół, to nie ważne, jak jesteś z nim blisko, trzeba uciekać. Bo utopi nie tylko siebie, ale i ciebie. Nie ma znaczenia, czy jest to Twój ojciec, matka, żona, siostra, brat, przyjaciel.

AN: Dzieci też potrafią ciągnąć w dół?

MC: Dzieci to trochę inna historia.

KB: Zauważcie, że ludzie często tkwią w jakichś sytuacjach "dla dobra dzieci", ale jeśli ty nie uporządkujesz swojego życia, twoje dziecko może nie być szczęśliwe. Nie ustawisz relacji z dzieckiem, nie stworzysz udanego związku, prawdziwego domu bez pracy nad sobą. Najpierw zajmij się sobą. Poodcinaj głowy hydrze. I nie wierz w to, że u innych jest tak cudownie. Ideałów nie ma. Za zasłoną zawsze są rzeczy do remontowania i trzeba zakasać rękawy, brać się do roboty, a nie uciekać od problemów. W życiu nie ma nic stałego. To jest najpiękniejsze, że jesteśmy wciąż w procesie. I trzeba się transformować, rozwijać, uczyć nieustannie. I patrzeć na swoje życie z dystansem jak na los całkiem obcej osoby. Oraz być dla samego siebie najbardziej wymagającym szefem, ale i najbardziej wyrozumiałym rodzicem. Uważnie słuchać, co świat do ciebie mówi. Zsyła ci konkretne wydarzenia, konkretnych ludzi. Nie wierzę w przypadki.

MC: Rodzice często oczekują od swoich dorosłych dzieci wdzięczności bezwarunkowej w zamian za "ofiarę" ze swojego życia. Sądzę, że dzieci raczej wolałyby, żeby ich rodzice byli szczęśliwi, a nie cierpieli w imię ich źle pojętego dobra.

AN: Jak zacząć być uważnym, zrozumieć to, co mówi do ciebie świat?

KB: To jest wszystko bardzo indywidualne. Ja – gdy czuję, że coś nie jest dla mnie dobre, zaczynam chorować. Mój organizm wówczas woła. Pracując nad jedną z książek, czytałam akta naprawdę okrutnych zbrodni. Ktoś poćwiartował zwłoki, zapakował do walizki i wrzucił do rzeki, ktoś zabił za 50 zł albo dlatego, że uwierzył, że ofiara ma platynową płytkę w nodze. Po kilku dniach dokumentacji obudziłam się totalnie chora. Katar, zawalone gardło, gorączka. Nie mogłam wstać, wszystko mnie bolało. Zrozumiałam, że muszę odpuścić.

AN: Co daje wam siłę?

KB: Moje dziecko. Zmarli rodzice. Są moimi aniołami stróżami. Każdego dnia ich wspominam – przedmioty, gesty, czasami dostrzegam ich w innych ludziach, często też w sobie. Oboje mieli oryginalne poczucie humoru – takie "na brzytwie", które bardzo lubię. Moja mama o śmierci mawiała: "termin ważności opakowania minął".

AN: Ty też masz podobne poczucie humoru.

KB: To wielki komplement. Wiesz, dusza nie umiera nigdy. To nie żadne gusła, lecz fizyka kwantowa. Wszystko jest energią. Wierzę w to, że prawdziwie bliscy ludzie zostają w nas na zawsze. Są jak niewidzialne tatuaże. Należy uważać, z kim się jednoczysz, kogo wpuszczasz do swojego świata. Bo to jest karmiczne: albo cię zainfekuje, albo otworzy. Chociaż czasami infekcja działa jak lampa alarmowa. Już wiesz, nad czym masz pracować.

MC: Gdy spotkanie z drugim człowiekiem jest prawdziwe, nawiązuje się więź, której nie jest w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość, ani śmierć.

Źródło: Katarzyna Bonda i Michał Czernecki w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: To ciekawe, co mówicie, bo ja mam niestety wrażenie, że żyjemy w świecie miałkich spotkań.

KB: Zależy, jak żyjesz.

MC: Czasami jest tak, że wydaje mi się, że dane spotkanie jest jednorazowe, przelotne i zamknięte w tu i teraz. A jego puenta czy wynik przychodzi często po długim czasie i z zupełnie nieoczekiwanej strony.

AN: W naszej rozmowie przewija się słowo "spotkanie", ale czy nie jest tak, że wszyscy ostatecznie jesteśmy samotni?

MC: Na najbardziej podstawowym poziomie w oczywisty sposób jesteśmy. Przychodzimy na świat wszak sami (z wyjątkiem może bliźniąt) i samotnie odchodzimy. Ale prócz tych granicznych momentów nasze życie jest związane, uwarunkowane i splątane z losami innych ludzi.

AN: O tym mówicie także w najnowszym spektaklu Fundacji Garnizon Sztuki pt. "Same plusy”?

MC: O samotności, poszukiwaniu bliskości i siebie samego w coraz bardziej scyfryzowanym świecie. W świecie korpo-ludków, nowomowy, manipulacji, pozorów, skrótowych, powierzchownych relacji i rozmów. Ale mamy ambicję robić to w lekki, komediowy i niewymuszony sposób. Patrząc na próby, mam wrażenie, że czas z nami spędzony w Teatrze IMKA to może być przyjemna, pełna dynamicznych, zabawnych zwrotów godzina z małym okładem. Ale ponieważ mamy świadomość, o czym ta historia tak naprawdę jest - to i do wzruszeń, i refleksji nienachalnie widzów będziemy nakłaniać. I do przejrzenia się w losach i wyborach naszych postaci.

AN: Czyli teatr jako zwierciadło?

MC: A jak inaczej? Do tego został powołany i nic mi nie wiadomo, żeby coś w tej kwestii się zmieniło. U nas to będzie raczej spotkanie przyjemne pełne pozytywnych momentów, ale nie zawsze tak jest. Nie zawsze spotkanie musi być lekkie i łatwe.

KB: Na przykład ten kadr, na którym patrzymy sobie w oczy, to było dla mnie naprawdę trudne ćwiczenie.

AN: Nie znaliście się wcześniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że to było dla was trudne. Jednak bardzo na tym spotkaniu mi zależało. Chcemy ludzi "zderzać" w So Magazynie. Pozwalać im się spotykać właśnie. Za wszelkie niedogodności przepraszam…

KB: Człowiek spotyka się z drugim człowiekiem, ale często w jego odbiciu widzi siebie. Podziwiam osoby, które potrafią wybrać jedną, dwie osoby, które są dla nich najważniejsze. Ja na swojej drodze spotkałam ich tysiące! Każdy dzień niesie nowe niesamowite spotkania. Musisz tylko umieć to dostrzec.

MC: Jest taka książka Ursuli K. Le Guin "Czarnoksiężnik z archipelagu". W świecie tam przedstawionym człowiek ma dwa imiona. Jedno nadane przez ludzi, użytkowe, a drugie tzw. imię prawdziwe. To drugie podaje się tylko najbliższym i najbardziej zaufanym, ponieważ ten, kto je zna, ma władzę nad naszym życiem i śmiercią.

KB: Dlatego tak często cierpimy z powodu miłości. Ty otwierasz serce, a druga osoba blefuje.

MC: Ja dałem się oszukać kilka razy. (śmiech)

KB: Tylko kilka? Dobry jesteś! (śmiech)

MC: W moim zawodzie trudno o takie relacje.

AN: Myślałam, że wręcz przeciwnie.

MC: Mówię o prawdziwych, głębokich relacjach.

Źródło: Michał Czernecki w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: Właśnie, jak to jest z tymi relacjami damsko-męskimi w aktorskim świecie.

MC: Człowiek jest według mnie skonstruowany jak góra lodowa. Spotykając kogoś nowego, widzimy tylko niewielki w sumie wierzchołek. To, co najważniejsze, to, co o nas tak naprawdę stanowi kryje się pod powierzchnią - cała masa deficytów, trudnych historii, zranień.

AN: Co "góra lodowa" ma wspólnego z kobietami?

MC: Pakujemy się w romanse, ulegamy złudzeniu, że kobieta czy facet, których dopiero co spotkaliśmy, jest kompletnie inna niż jego żona czy mąż. Fascynuje ich jej "wierzchołek". Po pewnym czasie okazuje się jednak, że ta "wyspa" pod powierzchnią zawiera w sobie dokładnie taki "zestaw” jaki ma nasz partner. W moim zawodzie często spotykamy się na poziomie iluzji, także iluzji bliskości, którą na potrzeby filmu czy spektaklu musimy szybko stworzyć. Robimy to po to, żeby widz uwierzył w relację, którą grasz, musisz wyciągnąć coś z drugiej osoby, co cię fascynuje. Choćby jedną małą rzecz czy cechę.

AN: Na przykład poczucie humoru…

KB: To akurat według mnie miara inteligencji. Tylko mądry i pewny siebie człowiek potrafi śmiać się z samego siebie.

MC: Łatwo się w tym zagubić, jeśli stracisz z pola widzenia zadanie, które masz do wykonania. Kiedy iluzja zasłania Ci rzeczywisty obraz relacji.

AN: Jak się z tego potem otrząsnąć?

MC: Od pewnego czasu za każdym razem, gdy jakaś kobieta – czasami aktorka z planu - zaczyna mnie fascynować, zadaję sobie pytanie: "co tak naprawdę w niej widzę, co mnie przyciąga?". I czy przypadkiem nie zaczynam wierzyć w coś, co sam w swojej głowie wytworzyłem, a co zupełnie nijak ma się do rzeczywistości.

AN: Czy to, co przeżywacie na co dzień, odbija się na pracy?

KB: Książki biorą się z tego, co ja zgromadzę, ale z drugiej strony najlepsze w twórczości jest to, co nieświadome. Żeby napisać dobrą książkę, musisz wejść na poziom "meta".

MC: W aktorstwie jest dokładnie odwrotnie. To, jak czujesz się danego dnia, twoje dziecko jest chore, masz gigant kaca, zmarła bliska Ci osoba, nie może przeniknąć na scenę. Nikogo to nie interesuje, a już najmniej widzów. Oni wszak zapłacili za bilety i chcą mieć udany wieczór. I dziwnym nie jest. Moje życie prywatne nie przenika do aktorstwa, ale w drugą stronę niestety już tak. Jeżeli moja postać ma zarost, to moi synowie mają ojca z zarostem. Jak gram strażaka, wszędzie widzę hydranty i gadam o zdarzeniach i szczegółach tego zawodu jak najęty. Podświadomie mózg non stop zbiera materiały potrzebne potem na planie. Im cięższa, bardziej złożona emocjonalnie rola, tym bardziej to wszystko wnika do prywatnego życia.

AN: Co się dzieje, gdy aktor traci nad tym kontrolę?

MC: Zaczynasz być w domu strażakiem, policjantem, dresiarzem, neurotykiem. Wszystko zaczyna się niebezpiecznie sklejać.

AN: A jeśli postać, którą grasz, jest do szpiku kości zła?

MC: W moim odczuciu nie ma ludzi tylko złych lub tylko dobrych. Każdej postaci chcesz jako aktor, mówiąc żargonowo, "bronić". Masz zawodowy obowiązek szukać odpowiedzi na pytanie, co stanowi w niej napęd do robienia złych rzeczy?

KB: Czyli szukasz motywów niczym prokurator albo śledczy.

MC: Najciekawsze sztuki, kryminały, filmy są o ludziach, którzy robią straszne rzeczy, ale jednocześnie widz czy czytelnik ma poczucie, że, cholera, ten potwór w ludzkiej skórze ma swoje jednak racje! Na przykład film "Siedem". Oglądasz z przerażeniem, że w pewnych sprawach się z tym gościem zgadzasz. W stu procentach.

KB: Po to właśnie oglądamy seriale kryminalne, czytamy książki. Chcemy dostrzec kawałek cudzego życia i przeżyć swojego rodzaju reset systemu.

Źródło: Katarzyna Bonda w obiektywie Julii Kaczorowskiej dla So Magazynu

AN: Po co jest więc sztuka?

KB: Po to, by czas przestał istnieć. Na poziomie nieświadomym identyfikujesz się z postacią i w ten sposób łapiesz dystans, widzisz szerzej. Nigdy nie masz na to szansy biegnąc przez życie, znajdując się w oku cyklonu. Dlatego dobra opowieść ma moc oczyszczającą zarówno dla tego, kto czyta, ogląda, słucha, jak i dla tego, który ją tworzy.

AN: Patrzę nas was i mam wrażenie, że odstajecie nieco od show-biznesu – świata ramówek, ścianek, salonów.

MC: Ja się często czuję jak Hobbit między elfami. (śmiech)

KB: Bez przesady! Uważam, że oboje bardzo ładnie prezentujemy się na ściankach! (śmiech) Nie jestem lwem salonowym, ale kiedy ktoś chce mnie nagrodzić, zwykle przybywam na bankiet. Pracowałam na to tyle lat, ktoś docenił moją pracę. To nie jest błahostka. Wzrusza mnie to i dlatego moim obowiązkiem jest akceptacja reguł tej gry. Nie rozumiem ludzi, którzy w ramach jakiejś kontestacji przychodzą na wielką galę w bluzie z kapturem, w której chadzają na co dzień. To jest w mojej opinii brak szacunku. Gardzisz show-biznesem, to nie idź wcale. Idziesz – dostosuj się do obowiązujących zasad. Dlatego zawsze idę wypindrzona. (śmiech)

AN: Oboje jesteście po 40-tce. Kawał życia za wami, wiele trudnych, czasem krytycznych doświadczeń. Parafrazując wasze słowa, czego naprawdę chcecie, czego potrzebujecie?

MC: Nie chcę zejść z drogi, którą wybrałem dla siebie. Czasami mnie jeszcze kusi i znosi na stare, wydeptane ścieżki. Mam świadomość, że moje demony są zaledwie uśpione.

AN: Oswoiłeś je?

MC: Demony z natury są nieoswajalne. Tak sądzę. Wyobraź sobie, że leczysz się z alkoholizmu, udaje Ci się nie pić długi, długi czas i mówisz sobie pewnego dnia: "a ku..a, jeden kieliszek przecież już mogę!". Jacek Braciak mówił kiedyś, że dla alkoholika picie jest jak wychodzenie do ringu z Gołotą. Przekonujesz sam siebie "a nuż się uda?". Po dwóch sekundach leżysz na deskach znokautowany. Demonów nie należy lekceważyć.

KB: Ja natomiast chcę i potrzebuję nowych wyzwań, nawet jeśli to będą cholernie trudne rzeczy. Jak ta moja książka, którą nosiłam pod sercem 19 lat.

MC: Również potrzebuję wyzwań, nawet jeśli mam świadomość, że może się nie udać. Tak sobie myślę, że chciałbym, aby śmierć zastała mnie na ciągłym próbowaniu.

AN: Często myślisz o śmierci?

MC: Szczególnie na ramówkach różnych stacji! (śmiech) Kiedyś poszedłem na jedną z nich i powiem szczerze, że myśl o śmierci uratowała mi tyłek! Siedziałem tam, patrzyłem na tych wszystkich "wypacykowanych" ludzi jak właśnie ten Hobbit na elfy. Makijaże, sztuczne twarze, biusty, doczepione włosy, wypożyczone na jeden wieczór drogie ciuchy, rewia próżności i autoprezentacji. Siedziałem tak i sobie myślałem "nie mam w sobie nic przebojowego, przyszedłem w swojej własnej marynarce i trzyletnich spodniach, z czym - jak to się mówi - do ludzi?" I taka myśl mi wtedy przyszła do głowy: "wszyscy na tej sali prędzej czy później umrzemy". I zacząłem się wewnętrznie uśmiechać. Tak od ucha do ucha. Ostatecznie jeden koniec czeka nas wszystkich. To dodaje otuchy.

AN: Masz poczucie humoru, czarnego humoru.

MC: Być może. Poczucie humoru pomaga mi utrzymać dystans do tego, co robię i do samego siebie.

KB: Przekuwasz baloniki … Popieram, robię to samo każdego dnia. To obowiązek artysty, zwłaszcza docenionego. Oklaski i zachwyty to tylko chwile. A robota czeka na wykonanie. Dlatego konstruktywna krytyka jest najbardziej wartościowa.

MC: I chciałbym, żeby mnie śmierć zastała właśnie przy ciągłym próbowaniu, kolejnym wyzwaniu, miał jeszcze jakiś plan…

KB: Przyjdzie kostucha, a ja powiem: "Poczekaj, bo muszę skończyć książkę".

Źródło: Materiały prasowe

Katarzyna Bonda właśnie wydała na świat "Miłość leczy rany" – książkę, którą nosiła pod sercem przez wiele lat. Po bestsellerowej sadze "Cztery żywioły Saszy Załuskiej" autorka rozpoczyna nową serię. "Miłość leczy rany” to kryminał napisany z rozmachem, jakiego jeszcze nie widziano. Książka, do której napisania wiele osób nie chciało dopuścić. Głównym bohaterem jest Igor – Kazach, za którym ciągnie się wiele niewyjaśnionych, czarnych historii. Towarzyszy mu Tośka Petry – młoda studentka o nieprzeciętnej urodzie, która zakochuje się w Igorze do szaleństwa. Kim tak naprawdę jest człowiek, którego kocha? Co doprowadziło do tego, że popełnił morderstwo? Gdy ostatecznie tajemnica wychodzi na jaw, tylko miłość i wiara mogą uchronić go przed śmiercią.

"Miłość leczy rany" to wielowątkowa powieść o miłości i zbrodni, walce i nadziei, przepełniona tajemniczością i niejednoznacznością. Dwa plany czasowe i liczne wątki spaja opowieść o uczuciu Polki do uciekiniera z Kazachstanu. Ta historia wydarzyła się naprawdę, jest oparta na faktach, a jej bohaterowie mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. Lokalizacja, motyw zbrodni kazachskiego jogina, a także siła i wiara kobiety, która walczyła o swojego ukochanego – to wszystko miało miejsce.

Źródło: Materiały prasowe

Michał Czernecki właśnie wchodzi na deski Teatru Imka, by zagrać w spektaklu "Same plusy", realizowanym we współpracy z Fundacją Garnizon Sztuki. Obok niego na scenie pojawią się jeszcze trzy charyzmatyczne kobiety – Gabriela Muskała, Grażyna Wolszczak i Marieta Żukowska. Autorem scenariusza jest Cezary Harasimowicz. Spektakl "Same Plusy" i kampania opowiada o pladze naszych czasów - samotności. Wszyscy bohaterowie cierpią na tę przypadłość. Przedstawienie pełne jest nawiązań do współczesnej codzienności wielu z nas. W prosty i zabawny sposób porusza problemy, z którymi musimy mierzyć się każdego dnia. Premiera sztuki "Same Plusy" planowana jest na 30 listopada 2019 roku w Teatrze Imka w Warszawie.

Zdjęcia i retusz: Julia Kaczorowska
Makijaż i włosy: Katarzyna Rawska

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij