Podziel się:
Skopiuj link:

Joanna Hoffmann podzieliła się swoją historią. "Dzięki Tobie ruszę tyłek"

W instagramowym uniwersum Joanna Hoffmann – szerzej znana jako @Freakery – stworzyła ponad 14-tysięczną społeczność zrzeszającą zwolenników wszystkiego, co vintage. Prowadzi też swój kanał na YouTubie, który zresztą sama – jako amatorka historii mody – oglądam z niezmienną ciekawością.

"Przyzwyczajona jestem do mówienia o modzie, nie o raku" – przyznaje mi, kiedy proszę, by opowiedziała o swoim nie tak dawnym starciu z nowotworem tarczycy. Robi to w rozmowie, zrobiła też i wcześniej, na własnym koncie na Instagramie, choć zwykle stroni od dzielenia się prywatą. Dlaczego? Z nadziei.

Są historie, które są zaprzeczeniem porządnej baśni - nie mają dobrego początku i jednoznacznego zakończenia – zaczyna Joasia w swoim pięknym, metaforycznym tonie. Zamieszczony pod subtelnym, jakby zawieszonym w czasie kadrem – z jej wzrokiem wpatrzonym we własne odbicie, zmęczone, ale silne, z koszulą rozpiętą na kształt litery V, V jak Victoria, jak zwycięstwo, akurat tam, gdzie widnieje nowa, jeszcze wyraźnie odcinająca się kolorem blizna – opis ostrzega, że w typ przypadku szanse na happy end są marne. Czyżby napisany przez życie scenariusz nie przewidział takiego lejtmotywu? Chyba nie – a przynajmniej nie w euforycznej, hollywoodzkiej wersji. Zabrakło też wyświechtanego już od czasów greckich katharsis. Zamiast niego nadeszły spokój i nadzieja.

Wszystko w rozpadzie?

W ubiegłym miesiącu dwa posty Joasi – @freakery – wzbudziły szczególne zainteresowanie. Jeden – świąteczny, drugi – poświęcony jej starciu z rakiem tarczycy. Trudno o większy rozdźwięk? Niekoniecznie. Oba, może ciut bardziej osobiste niż to, czym z natury Joasia dzieli się na swoim Instagramie, poświęconym przede wszystkim historii mody, uchylały rąbka wykreowanego przez nią, wirtualnego świata. A przecież gdyby nie chciała… nikt by o niczym się nie dowiedział.

Nie muszę mówić, jak jestem zdziwiona, kiedy odkrywam, że diagnozę o chorobie usłyszała niedługo przed tym, jak tego samego wieczora rozmawiałyśmy razem przez telefon. W jej głosie zdenerwowania i gniewu nie zdradzało nic – choć wściekłość czuła na pewno, i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – bo gdyby nie przewrotność losu i przezorność lekarza, pewnie w ogóle nie dowiedziałaby się o raku; o jego istnieniu nie świadczyły żadne, wzorowe skądinąd, wyniki badań.

Po drugie – tego październikowego popołudnia poczuła się, podobnie jak setki tysięcy Polek, uprzedmiotowiona przez władzę, kiedy to orzeczenie TK dało zielone światło zaostrzaniu przepisów aborcyjnych. Hasło "Oto ciało moje", z którym wyszła na ulice było podwójnie głośnym, podwójnie osobistym okrzykiem gniewu. - Moja wściekłość i pierwsze poczucie niesprawiedliwości było spotęgowane przez to wszystko, co działo się dookoła mnie, mimo że jeszcze wówczas nikt oprócz mojego męża nie wiedział o diagnozie – tłumaczy. – Myślałam "Do cholery, jakim cudem??!" To było tak bezsensowne i tak przypadkowe. Do tego siedziałam jeszcze wtedy mocno w twórczości Joan Didion. Po obejrzeniu dokumentu "Wszystko w rozpadzie" – to dopiero idealnie pasujący symbolizm! – zaczęłam się bardzo mocno identyfikować z jedną z wypowiedzianych przez Didion myśli; otóż jeśli wiesz, że gdzieś jest wąż i wiesz, że jest jadowity, to czujesz się bezpiecznie dopiero, gdy masz go w zasięgu wzroku. Tak samo poczułam się w starciu ze swoją chorobą - opowiada.

Pomyślałam, że mogę pomóc innym

Joasia-Freakery wyróżnia się spośród całego grona polskich instagramerek modowych – życzeń "smacznej kawusi" raczej się u niej nie uraczy, nie natrafi się też na zdjęcia czy relacje o charakterze nadto prywatnym, nie będzie ciągu selfies niewiele różniących się od siebie. Nie bagatelizuje, jak to często się zdarza, podpisów pod zdjęciami – są równie ważne jak same kadry, sensualne i metaforyczne. - Tym bardziej zdziwił mnie odbiór postu o chorobie – wyjaśnia. – Wiedziałam, że mam grono odbiorców, którzy czytają opisy, ale tak czy siak, informacja o raku była zdradzona dopiero na samym końcu długiego zresztą opisu i do tego dość zawoalowana; łatwiej mi mówić, gdy wrażam swoje myśli metaforycznie. Doceniam fakt, że ktoś – odbiorca – poczynił ten wysiłek i wyczytał słowo "rak" spośród wszystkich tych zdań - mówi.

A mogła przemilczeć sprawę. Instagram to nie lustrzane odbicie rzeczywistości, raczej krzywe zwierciadło. - Nigdy nie znamy całej prawdy – zaznacza Freakery. Sama o medium mówi jak o dzienniku dobrych momentów. Jakim cudem więc wśród nich znalazł się post o przeżytych zmaganiach z chorobą? - Pomyślałam, że mogę pomóc innym – wyjaśnia. Czuła, że to temat ważny nie tylko dla niej, osobiście, ale i dla członków jej ponad 14-tysięcznej społeczności. Teraz konta na Instagramie spostrzega się dwojako – komentuje. – Każdy oczekuje prawdy i nie chce oglądać jedynie, jakkolwiek estetycznie ciekawych, wyzutych z prywaty treści. Ludzie mają mocny filtr prawdziwości. Ale jednak gorszymi momentami trudniej nam się z innymi dzielić. Na Instagramie pokazujemy z reguły tylko pewną wystudiowaną część życia - opowiada.

Bo przypadkowość losu z zasady dotknąć może każdego. Mnie. Ciebie. Joasię. - To chyba najbardziej nas uderzyło, i mnie, i moich odbiorców – dodaje po chwili namysłu. – To, że możesz czuć się dobrze, a i tak nagle dowiesz się o czymś takim. I musisz się z tym zmierzyć. Czymś zupełnie innym jest branie udziału w akcjach – bardzo pięknych zresztą i ważnych – lub udostępnianie różnych plansz, infografik, zachęcanie do badań. Ale usłyszenie o raku od osoby, która go miała, do tego połączone z poczuciem losowości, przeraziło wiele osób. Przecież "coś" może się kryć w ciele każdego. A o tym na co dzień się nie myśli. Sama o chorobie dowiedziałam się podczas rutynowego USG piersi. Po prostu, miałam na tyle w porządku lekarza, który powiedział "Kurczę, problemy z tarczycą są plagą wśród młodych kobiet, daj, przejadę Ci jeszcze po szyi" - opowiada. Przejechał. I gdyby nie to, żaden ze wzorowych wyników badań nie skłoniłby Joasi do zrobienia w porę biopsji i zbadania tarczycy.

Choć nie mogę być przy Tobie, jestem z Tobą!

Była więc przewrotność losu. Była wściekłość. Nie było przewidzianego w scenariuszu utartego myślenia "dlaczego ja?". - Mimo swojej wrażliwości jestem twardą osobą, biorę byka za rogi – wyjaśnia. Nauczył ją tego rodzinny "babiniec". Mama i jej trzy siostry, babcia – one wszystkie we wspomnieniach Joasi zapisały się jako kobiety niezwykle silne, o mocnych charakterach. U nas nigdy nie było rozckliwiania się – zaznacza. – Nawet teraz, kiedy powiedziałam o całej sytuacji mojej stuletniej babci, jej pierwszą reakcją było „To kiedy operacja?”. Konkret.

Wszystko udało jej się zamknąć w szczelnych ramach czasowych jednego miesiąca, łącznie z operacją. - A nie miałaś żadnego momentu załamania? – pytam z lekkim niedowierzaniem. Bo co jak co, ale trudno o chorobę bardziej niż "rak" nastygmatyzowaną i tabuizowaną w dzisiejszych czasach. - Nie – słyszę w odpowiedzi. Szybki ciąg zdarzeń pomógł jej nie myśleć. Czekała, aż będzie "po".

- Byłam w trybie: biopsja, podejrzenie raka, potwierdzenie tego u endokrynolog. Chirurg, operacja. Do tego miałam wsparcie bliskich. Pytałam, dostawałam kontakty od znajomych do osób, które też przez walkę z nowotworem przeszły. To dawało mi nadzieję. Czasem co prawda myślałam "ale sztampa" – niemal filmowa - wspomina. Kobiety jednoczące się, dzielące się swoimi historiami o chorobie, wymieniające doświadczeniami…

Raz tylko poczuła niepokój – przed operacją. Nie, nie dlatego, że jakoś szczególnie przejmowała się tym "co dalej". Mówi, że nie jest takim typem osoby, która pozwalałaby sobie na załamania. Ma inne podejście. - Zbieram się w sobie i idę dalej – tłumaczy i wypowiada te słowa tak lekko i swobodnie, jakby pójście dalej była najłatwiejszą rzeczą pod słońcem. Przyczyna jej niepokoju leżała więc gdzie indziej – w samotności. - Szpitale w tym pandemicznym czasie są dziwnie opustoszałymi miejscami. Jest cicho, pusto. Nagle przekraczasz drzwi, jesteś zupełnie sam/a. Nikt nie mógł mi towarzyszyć, być ze mną w tym czasie – towarzyszyło mi tylko "The Crown" i "The Joni Mitchell Podcast" - mówi.

Nikt nie mógł być z nią w szpitalu fizycznie, tak dla uściślenia. Bo najbliżsi Joasi próbowali różnych sposobów. Maciek, jej mąż, zadzwonił do niej przed operacją z prośbą, by wyjrzała przez okno. Potem w szpitalu powtarzano "No był taki szalony chłopak, co tam na dworze wystawał przez niezłych parę godzin" – śmieje się Joasia. Stał, i to z orężem godnym najwierniejszego z wiarusów. Słowa z wywieszonego na masce samochodu banera "Choć nie mogę być przy Tobie, jestem z Tobą!" dodawały Joasi więcej otuchy niż najgłośniejsze okrzyki.

…I dzięki Tobie ruszę tyłek

Zdecydowawszy się podzielić swoją historią, nie spodziewała się takiej reakcji. - Zawsze staram się odpowiedzieć na każdą nadesłaną do mnie wiadomość. Tym razem dostałam ich naprawdę dużo – nie pamiętam dokładnych liczb, ale pod samym postem znalazło się chyba z 300 komentarzy. Około 50 kobiet wyraziło chęć pójścia na badania. Zmotywowała je moja historia. Pisały "dzięki Tobie ruszę tyłek, bo teraz wiem, że warto!".

Z tych 50 kobiet kilka powiedziało mi, że też dostały złą diagnozę. Jakakolwiek wymówka – a, przyznajmy, nie umniejszając pandemii, na pewno mogłaby stanowić świetne pole do manewrów z odwlekaniem rutynowych badań. Jasne, jest ciężko, ale nie zapominajmy, że to nie najgorsze w historii, co nas spotkało. Mierzyliśmy się z jeszcze trudniejszymi sytuacjami, a życie codzienne i tak musiało toczyć się dalej – uściśla Joasia, której z takim "wymówkowym" myśleniem trochę na bakier. Badać się trzeba – i już. Najlepiej na początku każdego roku – dodaje. Noworoczne postanowienie dla każdego?

Jedno jeszcze nie leży w naturze Freakery – robienie czegoś wbrew swoim zasadom. Kiedy stwierdziłam, że podzielę się historią swojej choroby, to zdecydowałam, że zrobię to wbrew utartym, martyrologicznym schematom. Temat raka? Przyziemny – komentuje. Doświadczenie choroby? Niepłaczliwa historia.

Oczekuje się trzęsienia ziemi

Nie chciałam dzielić się kolejną opowieścią o "pięknym cierpieniu". A do takich przyzwyczaiła nas popkultura. Filmy, w których jeśli przydarza się komuś jakaś tragedia, to bohater przeżywa cudowną przemianę, zaczyna życie na nowo… Ma swoje "katharsis". Tymczasem…

Nie zmienia się nic

Tę myśl – która, wypowiedziana przez kogokolwiek innego, mogłaby w moich uszach zakrawać o beznadzieję jest tak naprawdę… Bezbrzeżnie nadzieją wypełniona. Zdaniem Joasi daje spokój. - Choroba udowodniła mi upływ czasu. Odniosłam się do tego zresztą w samym poście. Głupio czekać na momenty, które mają coś zmienić. Dla mnie wniosek z walki z rakiem był jeden – człowiek przeżywa "c o ś" takiego i… życie jego samego i jego bliskich się nie zmienia. Wszystko idzie dalej. Przyjęcie takiego myślenia było dla mnie orzeźwiające. Głupio liczyć na złe, przełomowe momenty w życiu, na to, że to one otworzą nam oczy. Trzeba działać. I nie przewartościowywać. Mierżą mnie hasła uszlachetniające cierpienie. Przewartościowują je. Sprawiają, że oczekuje się trzęsienia ziemi. A jest tak, jak było. To daje spokój - mówi.

Czas płynie dalej, nie czeka się na przełomy

Zostaje tylko blizna – pamiątka po wygranej walce. Coś, co dla innych mogłoby być szpetne, dla Joasi jest naturalnym tatuażem przeszłości. I ze swojej czuje się dumna. Zawsze uważałam – może to ze względu na moje zainteresowanie ciałem i tym, jak jego istota wpływa na percepcję społeczną – że blizny są świadectwem czyjejś historii. Sama lubię pytać "Skąd masz tę bliznę?" - mówi.

Każda ma przecież swoją historię, kształt – o to, by jej własna miała w miarę subtelny kształt, Joasia postarała się jeszcze przed operacją. - Zaznaczyłam chirurgowi na wstępie "Stary, postaraj się" – śmieje się Freakery. Jasne, dla kogoś innego, równie głęboko "siedzącego" w klimatach modowych blizna na szyi mogłaby być przeszkodą, problemem. W przypadku Joasi jest to przecież duża, do tego wciąż odcinająca się przez swój ciemny kolor szrama na szyi. - Też na początku myślałam, że będzie mi to przeszkadzało – zaznacza. – Ale przestałam tak na to patrzeć jak tylko wyszłam ze szpitala. To część mnie – stwierdziłam. Czy ją zakrywam, pudruję, czy nie – żadna z tych dróg nie określa tego, czy z blizną jest mi dobrze czy nie - mówi.

Diagnoza o raku każdego mogłaby przytłoczyć. Załamać. Wystraszyć. Po rozmowie z Joasią nie dziwi mnie już wcale, czemu tak w komentarzach obserwujący nazywali ją "siłaczką", "wojowniczką". Twardy charakter to jedno. Wola życia na swoich zasadach i uparte wręcz dążenie do realizacji zamierzonych – to drugie.

Pytam, co ze wszystkich tych przeżyć dało jej najwięcej nadziei. Nadzieję czułam nie tyle dzięki temu, co przeżyłam, ile dzięki reakcji innych osób. Wiele z nich zmotywowało się do badań. "Pójdę się zbadać" – takie wiadomości dostawałam. Pójdę. Pójdziesz. Pójdziemy. A świat będzie dalej, niezmiennie, parł do przodu. My zaś pewnym krokiem – i w swoim tempie – będziemy starały się dotrzymać mu kroku.

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij