fot. Getty Images
Podziel się:
Skopiuj link:

Jak pokochałam vintage i zakupy z drugiej ręki?

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Lumpeksy mnie odstraszały zapachem i bałaganem, do vintage shopów nie miałam cierpliwości. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło…

Tak naprawdę to nie był jeden dzień. To był proces. Powolne uczenie się tego, że rzeczy z drugiej ręki są cool. Na studiach miałam koleżankę. Dziś zdolną artystkę i kostiumografkę. Kulturoznawstwo rządziło się swoimi prawami – studenci zawsze uchodzili za wyzwolonych mentalnie, moralnie i modowo. Przyglądałam się koleżance z każdej strony, aż pewnego dnia zdecydowałam się zapytać: skąd masz te rzeczy? "Z lumpeksu", odpowiedziała jakby nigdy nic. Gdyby odpowiedziała: "z wybiegu", na pewno zdziwiło by mnie to mniej. Tego dnia poszłam do jednego ze sklepów z odzieżą używaną. Jak lumpeks to lumpeks, co za różnica który? Wyszłam z niczym. Zniechęcona. Była to szybka lekcja, że między lumpeksem a lumpeksem różnica jednak jest wielka, a adresami tych najlepiej zaopatrzonych żadna poszukiwaczka oryginalnej mody tak łatwo się nie podzieli. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Kolejne lata to raczej konsumpcjonizm w pełnym tego słowa znaczeniu. Sieciówki, dobre marki. Zawsze nowe. Pracowałam już w mediach, więc narażana na kolejne pokusy byłam właściwie każdego dnia. Rozpracowywanie wybiegów, pokazy mody, oglądanie kolekcji z bliska. Możliwość zakupów na tzw. "sample sales" – istny kołowrotek. Znajome stylistki, albo nieznajome gwiazdy rodzącego się street style’u opowiadały o swoich zdobyczach vintage, albo z drugiej ręki… A ja nadal nie miałam do tego ani cierpliwości, ani energii. A już zupełnie nie miałam do tego głowy.

Od zawsze było tak, że wchodziłam do sklepu po konkretną rzecz, którą sobie wymarzyłam lub wymyśliłam, jako idealną do uzupełnienia stylizacji. Brzmi jakbym rozum straciła, ale chodzi o najprostszą rzecz: gdy do klasycznych niebieskich dżinsów zabrakło klasycznego czarnego swetra, wiedziałam w jakiej sieciówce, na jakim wieszaku go szukać. Znałam rozmiar, więc przymierzalnie omijałam szerokim łukiem. Nadal tak jest. A jednak coś się zmieniło…

Moda z drugiej ręki: crush, czyli z potrzeby zauroczenia

Lata 60. i 70. to dekady, do których kultura, sztuka, literatura, muzyka i moda bardzo chętnie w drugiej dekadzie XXI wracają. Jest to związane z tęsknotą za „starymi dobrymi czasami”, mitologizowaniem momentu, w którym dorastali nasi rodzice, który współtworzyli i chłonęli. Aż w końcu do niekończącego się zachwytu popkulturą, która wtedy wybuchła w formie nigdy wcześniej (ani nigdy później) niespotykanej. Gucci, Chloé, Stella McCartney, Etro, Saint Laurent, Celine…

Największe luksusowe domy mody wróciły do projektów, które lansowane były pół wieku temu. Od kilku lat zawodowo przyglądam się temu zjawisku. I coraz częściej – przypadkowo – zaczęłam trafiać na jakieś perełki vintage. A to babcia uraczyła mnie 60-letnią torbą-koszykiem w stylu Jane Birkin. Nosiła go wcześniej niż brytyjska artystka. Gdy pokazałam go na jednym z portali społecznościowych w skrzynce lądowały kolejne pytania: "Gdzie kupiłaś?" – wiadomości tego typu dostałam chyba z 20. A to trafiłam na "tajną" grupę na Facebooku, na której zaangażowane dziewczyny w małym gronie sprzedają swoje ubrania. A to, z polecenia, trafiłam do butiku z modą vintage w Madrycie czy Londynie. Jeszcze dekadę temu nie było takiego wyboru, szczególnie w Polsce. W ciągu ostatnich kilku lat powstały miejsca, które dla miłośników mody unikatowej stały się przysłowiowym El Dorado.

Moja miłość do vintage i mody z drugiej ręki wzięła się właśnie z zawodowej fascynacji i badań nad zjawiskami charakterystycznymi dla przełomu lat 60. i 70., które powtarzają się w drugiej dekadzie XXI wieku. Ale też z coraz większej świadomości ekologicznej – przecież na świecie co sekundę na wysypisko śmieci trafia ciężarówka ubrań, a gdybym jedną na pięć posiadanych przeze mnie rzeczy używała 10 proc. dłużej, na wysypisku dzięki temu pojawiłoby się o 6,4 mln ton odzieży mniej! Nic mnie tak nie przekonało, jak pasja i wiedza na temat tego, co dzieje się ze światem i jaki wpływ na to mamy.

Jednym z miejsc, które natychmiast przykuły moją uwagę jest warszawski Crush – najpierw profil na Instagramie, a potem pop-up, który z czasem przekształcił się w modny butik z odzieżą vintage i z drugiej ręki. Ma swój konkretny styl, klientki, atmosferę. Jego właścicielką jest Justyna Konczewska, kiedyś związana z branżą PR. Przyjazna, dziewczyńska atmosfera, ciekawe projekty najlepszych projektantów i domów mody. W przypadku Justyny miłość (albo po prostu crush) do ubrań z drugiej ręki pojawiła się o wiele wcześniej niż u mnie.

"Pierwsze wymiany ubrań organizowałam w domu już jako nastolatka" - mówi. "Dziewczyny przynosiły swoje rzeczy, wymieniały się nimi lub sprzedawały za symboliczne kwoty. Przychodziło mnóstwo koleżanek i znajomych, z czasem grono się powiększało, a ciuchowiska stawały się coraz bardziej regularne, przez kilka lat organizowałam je dwa razy w roku. Nie sądziłam wtedy, że taki koncept można przełożyć na model biznesowy". A jednak. Crush w krótkim czasie podbił serca dziewczyn, również tych z branży mody, które w torbach IKEA noszą na Stary Mokotów ubrania, z którymi chętnie się już rozstaną – świetnej jakości, bardzo modne, często z metkami. I w świetnych cenach – a mówimy przecież m.in. o niebieskich Levi’sach, sukienkach Ganni, swetrach Acne, minimalizmie od Ani Kuczyńskiej… Same perełki.

To dlatego, że Justyna bardzo starannie wybiera rzeczy, które zawisną na wieszakach w jej butiku. "Myślę, że przy rzeczach z drugiej ręki kluczowa jest selekcja, stworzenie spójnej estetyki miejsca i trzymanie się określonej wizji", zdradza. "To trudne, bo wybór rzeczy, które przychodzą do Crusha jest ogromny. Selekcja sprawia, że dziewczyny, które przychodzą do sklepu intuicyjnie wiedzą, czego mogą się w nim spodziewać. Myślę, że mi się to udaje i gdy często słyszę, że coś jest w stylu Crusha, czuję dumę". Wie, co mówi. W końcu w jej szafie w tej chwili (bo często lubi ją zmieniać) "są praktycznie tylko rzeczy z drugiego obiegu".

Moda vintage: z miłości do gwiazd rocka

Rzeczy z drugiego obiegu, choć w większości vintage, w swojej szafie ma też Aleksandra Zawadzka, dziennikarka i redaktorka mody ELLE.pl, specjalistka w dziedzinie vintage. Ola prowadzi projekt Gloria Vintage, w ramach którego wypożycza ubrania z drugiej ręki do sesji zdjęciowych. A jej najnowszym dzieckiem jest podcast "Dział Vintage". Spotkałyśmy się w nim ostatnio, aby porozmawiać o modzie lat 60. i 70.. Dziś to ja pytam Olę, skąd wzięła się jej miłość do vintage? "Jeśli mówimy o tym zjawisku w pojęciu szerokim, to vintage zakiełkowało we mnie jeszcze w dzieciństwie" - odpowiada.

"Doskonale pamiętam pierwszy second hand w moim rodzinnym mieście, do którego przychodziłam z rodzicami: wielkie kosze pełne ubrań z Zachodu, do których musiałam się wspinać na palcach, gigantyczne worki, z których wysypywały się buty. Kupowanie w takich miejscach od zawsze było dla mnie czymś zupełnie naturalnym, bo tę miłość zaszczepili we mnie rodzice. W czasach szkolnych do second handów i na pchle targi chodziłam już sama, a w wieku nastoletnim zainteresowałam się vintage na poważnie i zrozumiałam, że nie wszystko, co kupione z drugiej ręki rzeczywiście może mieć takie miano".

Aleksandra oprócz miłości do mody z second handów z domu wyniosła też miłość do popkultury i klasycznego rock’n’rolla. Co miało niemały wpływ na jej poszukiwania stylu. "Najpierw zaczęłam szukać oryginalnych grunge’owych flaneli z lat 90., plecaków kostek, martensów i grubego jeansu. Później przechodziłam etap fascynacji swingującym Londynem – raz chciałam nosić się jak Twiggy, kolejnego dnia niczym Paul McCartney, więc znów nurkowałam w odzieży używanej, bo tylko tam była opcja ubrać się tak, jak rzeczywiście chciałam – a trzeba pamiętać, że były to lata 2000. i w sklepach królowała zupełnie inna estetyka. Wreszcie zaczęłam zauważać w lumpeksach nie tylko ubrania sprzed dekad i pojawiające się coraz częściej sieciówki, ale też rzeczy od projektantów i marek luksusowych z ich dawnych kolekcji. Tak właśnie udało mi się poszerzyć swoją wiedzę o modzie, a bonusowo na przykład kupić czółenka Chanel za 12 złotych. Potem przyszła nauka składów, która wciągnęła mnie na dobre. Równolegle zaczęłam obrastać w starą ceramikę, PRL-owskie książki i płyty winylowe – zapoznanie z tymi ostatnimi to także zasługa rodziców, którzy w dzieciństwie grali mi do snu muzykę z gramofonu".

Brzmi pięknie, prawda? Znalezienie oryginalnych bucików Chanel (lub innych luksusowych brandów) nie jest niemożliwe, ale trzeba mieć się na baczności. Second handy pełne są tzw. fejków, podróbek. A że Zawadzka w rozpoznawaniu oryginałów jest niezawodna, pytam ją, co robi, by nie dać się oszukać i gdzie najchętniej szuka. "Wszystko zależy od tego, czego konkretnie szukasz i gdzie" - odpowiada i tłumaczy: "W wersji stacjonarnej, jeśli masz instynkt łowcy i lubisz wyzwania, warto zajrzeć do second handu – ja zwykle skupiam się na konkretnym dziale lub dwóch i przeglądam rzecz po rzeczy. A jeśli coś mnie zaintryguje, to oglądam dokładnie ubranie i sprawdzam metki – jeśli nie znam marki, wstukuję jej nazwę w wyszukiwarkę". I to wszystko? Próbuję się tego dowiedzieć, bo ja tego instynktu łowcy jestem pozbawiona i bardzo go Oli zazdroszczę. A więc nie. "Zwykle idę do takiego sklepu z konkretami w głowie: wiem, co mi się podoba oraz czego naprawdę potrzebuję w swojej szafie i jeśli tego nie znajdę, to nie kupuję niczego na siłę, nawet jeśli jest ostatni dzień wyprzedaży i ubrania chodzą za bezcen". Jest też rada dla tych niecierpliwych, jak ja.

"Osobom, które mają mniej cierpliwości i skłonne są zapłacić więcej za rzecz, która na pewno jest vintage, a przy tym została już wyselekcjonowana, sprawdzona, zreperowana i wyczyszczona, polecam vintage shopy – Ventimiglia Vintage, Cindy Vintage czy KEX. Są piękne i klimatyczne, a ich właścicielki wiedzą wszystko o sprzedawanych przez siebie rzeczach". A online? "W internecie można zajrzeć na stronę Vestiaire Collective" - radzi Ola.

"W tym miejscu można nie tylko kupić luksusowe ubrania i dodatki, które szukają nowych właścicieli, ale też zapewnić sobie weryfikację oryginalności. Na polskim rynku podobnie działają Pyskaty Zamsz oraz Keep The Label. Do internetowych wykopalisk zachęcam w aplikacjach Ree Fashion, Less i, rzecz jasna, Vinted.
Jak kupować? Wpisując konkrety, ćwicząc cierpliwość i pytając o szczegóły i wszelkie możliwe wady. Są też sklepy vintage na Instagramie (Second Hunt, Minima Vintage i The Chain Vintage) czy sprzedażowe grupy na Facebooku, z Vintage Unit Sale na czele: w każdym z tych przypadków pomagają dobry refleks i regularne odwiedziny”.

Osobiście jestem absolutną fanką platformy Vestiaire Collective. Sephie Hersan, współzałożycielka i fashion director Vestiaire, w wywiadzie udzielonym Ewie Stępień tłumaczyła, że moda vintage to dziś inwestycja i mądra lokata kapitału – szczególnie jeśli chodzi o kultowe akcesoria: torby, zegarki czy biżuterię. Korzystanie z Vestiaire jest proste – w wyszukiwarkę wystarczy wpisać to, co nas interesuje, a potem wybrać odpowiedni produkt, rozmiar, a nawet stan rzeczy, od "dobrego" po "nieużywany".

Jest również opcja targu – gdzie sprzedawcom proponuje się swoje ceny. I tak za 170 euro udało mi się dostać najmodniejsze buty ostatnich sezonów – mary jane Saint Laurent, ubrane tylko raz. Albo rock’n’rollową skórzaną torbę Prady za 130 euro w świetnym stanie.

Zastanawiam się nad torbą podróżną Celine – vintage, z lat 70. Ona również nie kosztuje więcej niż 200 euro. W tym wszystkim ważna jest dla mnie gwarancja oryginalności. Nie chciałabym dać się nabrać. Ola też ma swoje techniki: "Żeby nie dać się oszukać, trzeba poszerzać swoją wiedzę – im więcej nauczysz się o historii mody, materiałach i markach, tym z większą łatwością wyłowisz perełki i będziesz wiedzieć, ile rzeczywiście warto za nie zapłacić. W przypadku podróbek, których niestety jest mnóstwo, polecam przyglądanie się szwom, guzikom, zamkom, metkom i logotypom, a jeśli chodzi o torebki – szukać numerów seryjnych. Z pomocą przychodzi mi zawsze Google, bo bardziej znane egzemplarze można porównać w sieci z oryginałami. Dobrym pomysłem jest też napisanie maila do marki z prośbą o weryfikację, przewertowanie forów internetowych, a nawet zapytanie o oryginalność na facebookowych grupach poświęconych konkretnym markom lub zakupom z drugiej ręki, jak Real Thrifted".

I ważna informacja. "Nie ma się co łudzić, że w lumpeksie w centrum dużego miasta codziennie znajdzie się torbę Louis Vuitton za 20 złotych, ale takie rzeczy się zdarzały, więc zawsze warto sprawdzić!".

Co Olę tak fascynuje w vintage? "Uczy szacunku do rzeczy i pomaga ratować świat. Jest zmianą. Opowiada też historie, intryguje. Vintage kupują ludzie z powodów ekonomicznych, ale również gwiazdy z milionami na koncie i internetowe wyrocznie mody. Wzrusza osoby sentymentalne i pozwala im być bliżej idoli dzięki ubraniom, które zostały wyprodukowane w czasach ich kariery. Jest ważne dla tych, którzy nieustannie w swoich wyborach myślą o planecie i środowisku. Vintage noszą trendsetterzy i antykapitaliści, osoby bardzo świadome siebie i dopiero eksperymentujące ze stylem, ludzie w każdym wieku i o różnych potrzebach. Vintage jednoczy wszystkich. Czy może być bardziej cool?" - pyta Zawadzka.

Moda na vintage shopy: z fascynacji Londynem I Warszawą

Nie może. I wiedzą o tym Magdalena Starczyk i Żaneta Mrowca, założycielki marki Couple Densant wykorzystującej rzeczy z drugiej ręki i nadającej im nowe życie. Skąd pomysł? "Na rynku powstaje coraz więcej wspaniałych vintage shopów i sklepów z ubraniami z drugiej ręki. To nas bardzo cieszy, chciałyśmy jednak stworzyć markę, która połączy te dwa światy – stary i nowy. Co najmniej połowa naszej kolekcji to przerobione rzeczy vintage. Szyjemy też berety z używanych jeansów, tym samym wspierając lokalnych rzemieślników" - mówią. "Zależy nam na tym, żeby każdy produkt Couple Densant powstawał w jak najbardziej zrównoważony sposób. Wybieramy tylko organiczne materiały, albo te pochodzące z recyklingu. Nadajemy ubraniom drugie życie poprzez małe krawieckie przeróbki". Ich elementem rozpoznawczym jest sztuczne futerko, którym Starczyk i Mrowca ozdabiają marynarki, kurtki i płaszcze.

A wszystko zaczęło się dekadę temu, gdy koleżanki mieszkały we wschodnim Londynie. Stolica Wielkiej Brytanii słynie z doskonałych vintage shopów już od lat 60. W butiku na Portobello Road, maleńkim, ale o skomplikowanej nazwie – I was Lord Kitchener’s Valet – jego właściciele: Ian Fisk, John Paul i Robert Orbach specjalizowali się w starych strojach militarnych, również z czasów napoleońskich, ale w przeważającej większości wiktoriańskich. Sława spadła na nich jak grom z jasnego nieba po tym, gdy czerwoną marynarkę bębniarza z początku XX wieku za kilka funtów nabył u nich Mick Jagger i w której wystąpił tego samego (piątkowego) wieczoru w najpopularniejszym wówczas programie muzycznym "Ready, Steady, Go!". Nazajutrz przed butikiem ustawiła się kolejka. W kilka godzin wyprzedał się cały towar. Sklep został totalnie wyczyszczony i trzeba było go szybko zaopatrzyć, bo lubili tam zaglądać Jimi Hendrix, Eric Clapton czy John Lennon.

Dziś miejsce I was Lord Kitchener’s Valet zajęły setki innych sklepów vintage. "Na Shoreditch i Brick Lane można znaleźć wiele wspaniałych vintage shopów, a w niedziele organizowane są targi, na których ludzie sprzedają prawdziwe perełki", opowiadają Starczyk i Mrowca. "Anglicy w swoim rockowym stylu bardzo często łączą nowe rzeczy ze starymi, nadając całemu lookowi nową duszę. Jesteśmy mocno zainspirowane latami spędzonymi wśród takich ludzi, ale z wiekiem doszła też pewnego rodzaju świadomość, że naprawdę każdy, nawet nasz najmniejszy wybór, ma znaczenie, a wybierając rzeczy z drugiej ręki mamy realny wpływ na środowisko i planetę, dzięki zmniejszaniu nadprodukcji odzieży".

A więc odpowiedzialna moda, ekologia, rock’n’roll… Coś jeszcze? "Kupowanie rzeczy vintage daje naszym klientom poczucie wyjątkowości, bo znalezienie np. drugiej takiej samej marynarki sprzed 30 lat jest praktycznie niemożliwe. Dzięki temu można wyróżnić się w tłumie. A skoro dany element garderoby przetrwał tyle lat, to można mieć pewność, że będzie służył nam jeszcze długie lata. Tym bardziej, że ubrania vintage mają często świetne, gatunkowe składy" - zachwalają założycielki Couple Densant.

Vintage: z tęsknoty za… sobą

Zajęło mi wiele lat, żeby zrozumieć, jakie skarby trzymają w szafie moja mama i babcia. I żeby się przekonać, że ubrania i dodatki luksusowych marek z drugiej ręki mogę kupić w cenie jak najbardziej przystępnej ekonomicznie – często sieciówkowej – wystarczy odrobina sprytu, łut szczęścia i szczypta cierpliwości. Dobrej jakości vintage to skarby, które przetrwają kolejne pokolenia. Są wyrazem świadomości ekologicznej i dobrego stylu. Poszukiwania siebie i wyrażania siebie strojem. A przecież ubranie to nasz podstawowy komunikat w chwili, gdy liczy się to pierwsze wrażenie. Ale i drugie, a potem kolejne. W Polsce, w końcu, powoli zaczynamy to rozumieć, choć wciąż, z powodu braku edukacji, modę traktujemy po macoszemu, z wyrzutem i wyższością, projekty ubrań nazywając "szmatami". Błąd, bo moda to w wielu krajach silna gałąź gospodarki. Ale też jeden z głównych trucicieli Ziemi.

Z tak wielu powodów czas pomyśleć o modzie – tej z drugiej ręki i vintage. W dobie kryzysu klimatycznego i ekonomicznego – warto. W momencie poszukiwania siebie i potrzeby poprawy samopoczucia – warto tym bardziej. Być może trafi się perełka z niesłychaną historią? Ale to już materiał na inny artykuł.

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij