Paulina Żmudzińska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Z jakimi najtrudniejszymi wyznaniami spotyka się pani w gabinecie? Co jest dla kobiet najbardziej wstydliwe: złość na dziecko czy może żal, że w ogóle zdecydowały się na macierzyństwo?
"Instynkt macierzyński" to mit? "Można kochać dziecko, a jednocześnie czuć żal"
Złość na dziecko, paraliżujący lęk, poczucie uwięzienia i wstyd, który nie pozwala prosić o pomoc. O najtrudniejszych wyznaniach, które padają w zaciszu gabinetu, i o tym, dlaczego "instynkt macierzyński" bywa pułapką, rozmawiamy z psycholożką Amandą Staniszewską-Celer.
Amanda Staniszewska-Celer, psycholożka: W gabinecie najczęściej pojawiają się wyznania dotyczące ambiwalencji wobec macierzyństwa. Kobiety mówią o złości na dziecko, poczuciu przytłoczenia, utracie kontroli, myślach o ucieczce, żalu za dawnym życiem czy emocjonalnym wypaleniu. Bardzo często największy wstyd budzi nie sama złość, ale myśl, że mogły nie odnaleźć się w roli matki tak, jak oczekiwały tego od siebie i otoczenia. To są tematy obciążone ogromnym tabu społecznym.
Ewa Chodakowska nie chce mieć dzieci. O innych kobietach mówi: "Każdej mamie czyszczę buty"
Dlaczego jako społeczeństwo wciąż tak bardzo boimy się usłyszeć, że matka może nie być szczęśliwa?
Ponieważ wciąż karmimy się idealistycznym obrazem macierzyństwa. Według niego kobieta ma być zawsze spełniona, cierpliwa, wdzięczna i emocjonalnie dostępna, niezależnie od tego, jak bardzo jest przeciążona. Informacja o tym, że matka może cierpieć psychicznie w swojej roli, budzi dyskomfort, bo podważa kulturowy mit, w którym macierzyństwo jest wyłącznie naturalnym źródłem szczęścia.
"Instynkt macierzyński" to w takim razie fakt medyczny, czy raczej konstrukt społeczny, który wpędza kobiety w poczucie winy?
Nie istnieje jeden automatyczny mechanizm biologiczny czy psychologiczny, który u każdej kobiety uruchamia natychmiastową gotowość do bycia matką. Więź z dzieckiem i kompetencje opiekuńcze rozwijają się pod wpływem wielu czynników: biologicznych, psychologicznych i społecznych. Problem pojawia się wtedy, gdy kobiety interpretują brak natychmiastowego zachwytu lub trudności adaptacyjne jako dowód, że są złymi matkami.
A czy można jednocześnie kochać swoje dziecko i żałować decyzji o macierzyństwie? Dla wielu osób brzmi to bowiem jak trudny do pogodzenia paradoks.
Rzeczywiście to możliwe. W psychologii mówimy o współwystępowaniu sprzecznych emocji. Można kochać dziecko, a jednocześnie czuć żal, przeciążenie i ogromną tęsknotę za życiem sprzed porodu. Te stany się nie wykluczają. Wiele pacjentek cierpi właśnie dlatego, że próbują pozbyć się jednej z tych emocji, zamiast zrozumieć, że psychika może przeżywać oba stany jednocześnie.
Co najczęściej stoi za tym żalem?
Zazwyczaj to splot wielu czynników, takich jak przewlekłe przeciążenie psychiczne, brak realnego wsparcia, izolacja społeczna, nierówny podział obowiązków w domu i bolesny rozpad wcześniejszej tożsamości.
Do tego dochodzi konfrontacja z nierealistycznym obrazem rodzicielstwa w mediach społecznościowych. Kobiety często nie są przygotowane na skalę odpowiedzialności i zmian psychicznych, jakie niesie ze sobą pojawienie się dziecka.
Jak odróżnić chwilowy kryzys od głębokiego przekonania, że macierzyństwo po prostu nie było dobrą drogą?
Kryzys i zmęczenie są naturalne i zwykle mają charakter okresowy. Sygnałem alarmowym jest natomiast utrzymujące się miesiącami poczucie pustki, żalu, emocjonalnego odcięcia lub cierpienia, które realnie wpływa na codzienne funkcjonowanie. W takich sytuacjach należy sprawdzić, czy nie mamy do czynienia z depresją poporodową, zaburzeniami lękowymi lub wypaleniem rodzicielskim.
Porozmawiajmy o złości. Wybuch skierowany w stronę bezbronnego dziecka budzi potworne poczucie winy. Co dzieje się w głowie matki w takim momencie?
Wybuch to często sygnał, że układ nerwowy jest skrajnie przeciążony. Niewyspanie, chroniczny stres i samotność drastycznie obniżają zdolność regulacji emocji. Bardzo często złość, która uderza w dziecko, jest w rzeczywistości skumulowaną frustracją związaną z brakiem wsparcia, przeciążeniem czy poczuciem osamotnienia. Sama emocja złości jest naturalna. Kluczowe jest jednak to, jak kobieta ją reguluje i wyraża.
Gdzie leży granica między "zdrową frustracją" a momentem, w którym złość staje się destrukcyjna?
Granica zostaje przekroczona, gdy złość przestaje być chwilową reakcją, a zamienia się w agresję psychiczną, emocjonalne odrzucenie dziecka lub regularne utraty kontroli nad swoim zachowaniem. To moment, w którym kobieta pilnie potrzebuje wsparcia psychologicznego, ale też realnego odciążenia w obowiązkach domowych.
W przestrzeni medialnej coraz częściej pojawia się temat tokofobii. Czego dzisiejsze kobiety boją się najbardziej?
Dziś tokofobia to nie tylko lęk przed samym porodem. To coraz częściej lęk przed utratą niezależności, zmianami w relacji z partnerem, depresją poporodową i utratą kontroli nad własnym ciałem i życiem. Kobiety boją się psychicznych i społecznych konsekwencji wejścia w rolę matki.
Równie trudny jest paraliżujący lęk o dziecko. Kiedy troska staje się zaburzeniem?
O zaburzeniu lękowym mówimy wtedy, gdy lęk staje się nieproporcjonalny do sytuacji i zaczyna ograniczać codzienne funkcjonowanie. Na przykład jeśli matka nie może spać, bo ciągle sprawdza, czy dziecko oddycha, ma natrętne, katastroficzne myśli lub unika wyjść z domu z obawy o bezpieczeństwo malucha – wtedy troska przestaje chronić, a zaczyna niszczyć.
Gdy kobieta trafia do pani gabinetu i mówi: "Mam dość. Nie tak to miało wyglądać", co słyszy w odpowiedzi?
Słyszy, że jej emocje są ważną informacją, a nie dowodem na bycie "złą matką". W terapii najważniejsze jest stworzenie bezpiecznej przestrzeni, gdzie można nazwać te uczucia bez obawy przed oceną. Dopiero wtedy można pracować nad przyczynami przeciążenia i sposobami odzyskiwania równowagi psychicznej.
Jakie mechanizmy obronne stosują matki, by ukryć ten ból przed światem?
Uciekają w perfekcjonizm, nadmierną kontrolę i działanie zadaniowe. Tworzą pozory, że wszystko jest pod kontrolą, podczas gdy w środku żyją w chronicznym napięciu. Boją się, że jeśli odpuszczą, zostaną ocenione lub odrzucone.
Jak mogą pomóc bliscy? Słowa "uśmiechnij się dla dziecka" chyba tylko pogarszają sprawę?
Najbardziej wspierające jest emocjonalne uznanie trudności kobiety bez umniejszania jej doświadczeń. Zamiast mówić: "Inne kobiety też sobie radzą", lepiej powiedzieć: "Widzę, że jest ci bardzo trudno. Co mogę zrobić, żeby cię dziś odciążyć?". Kobiety w kryzysie potrzebują realnej pomocy i poczucia bezpieczeństwa, a nie motywacyjnych frazesów.
Gdyby mogła pani zdjąć z barków wszystkich matek tylko jedną myśl, co by to było?
Chciałabym zdjąć z nich przekonanie, że ich wartość zależy od tego, ile są w stanie wytrzymać bez narzekania. Wiele kobiet żyje w trybie przetrwania, odbierając sobie prawo do zmęczenia, złości czy potrzeby pomocy. Mają poczucie, że skoro same zdecydowały się na dziecko, powinny radzić sobie bez kryzysów.
Widzę w gabinecie, jak silne jest przekonanie, że dobra matka powinna umieć wszystko unieść sama. W efekcie kobiety ignorują sygnały przeciążenia psychicznego i zgłaszają się po pomoc dopiero wtedy, gdy organizm i psychika są już w stanie skrajnego wyczerpania. Często słyszę zdania typu: "Inne kobiety dają radę" albo "Nie mam prawa narzekać, bo mam zdrowe dziecko". To pokazuje, jak często cierpienie matek bywa unieważniane, także przez nie same.
Mam poczucie, że wiele kobiet nie potrzebuje dziś kolejnych porad, jak być lepszą matką. Potrzebują za to większego przyzwolenia na bycie człowiekiem. Na odpoczynek, granice, ambiwalentne emocje i proszenie o wsparcie bez poczucia winy. To ważne również dlatego, że dzieci nie uczą się wyłącznie z tego, co rodzic mówi. Uczą się też, obserwując, jak rodzic traktuje samego siebie. Jeżeli matka przez lata żyje w permanentnym przeciążeniu, ignoruje własne potrzeby i funkcjonuje kosztem siebie, dziecko bardzo często przejmuje taki model funkcjonowania w dorosłości.