Podziel się:
Skopiuj link:
Podziel się:
Skopiuj link:

Dziecko wyfrunęło z gniazda. "Kompletna rewolta w życiu"

Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, robi się ciszej. Czasem za cicho. Dla wielu kobiet ten moment przychodzi jak mała żałoba. Ale czasem po pierwszym smutku pojawia się coś jeszcze: przestrzeń. Na wypoczynek. Na randkę. Na własne pieniądze. Dwie matki dzielą się z nami historiami o tym, jak rozkwitło ich życie, gdy dzieci się usamodzielniły.

"To była moja pierwsza randka od dziesięciu lat"

Joanna Czech ma 52 lata. Jak sama mówi, przez ostatnie 23 była przede wszystkim mamą. Pracowała, prowadziła dom, pamiętała o wizytach u ortodonty, wywiadówkach, treningach, korepetycjach. Kiedy jej jedyna córka postanowiła kontynuować studia w innym mieście, Joanna nie mogła się oswoić z pustym domem.

- Przez pierwsze dni po wyprowadzce córki miałam stale włączone radio lub telewizor. Żeby tylko nie słyszeć ciszy. Mało kto mówi o tym, jaki to jest szok. Kompletna rewolta w życiu. W sklepie spożywczym nadal odruchowo sięgałam po jej ulubione ciastka, a w drogerii po jej ulubiony żel pod prysznic - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.

"Nikt nie musi być samotny". Mocne słowa Ewy Woydyłło o samotności

Najpierw przyszła tęsknota. A potem poczucie winy, bo obok tęsknoty pojawiła się ulga. Joanna nie musiała już wstawać rano w każdą niedzielę, żeby ugotować obiady na cały tydzień. Nie musiała czekać wieczorami, aż córka wróci z imprezy, żeby mieć pewność, że bezpiecznie dotarła do domu.

- Nagle miałam weekend. Prawdziwy weekend. Nie czas między praniem a zakupami, tylko dwa dni, które mogłam przeżyć po swojemu. Wyszłam z tego trybu wiecznego "czuwania". Na pewno matki zrozumieją, o co mi chodzi - śmieje się.

We dwie spędziły większość życia córki. Gdy miała dwa lata, Joanna rozstała się z jej ojcem. - Nie byłam zamknięta na związki, ale wiedziałam, że dopóki Kasia mieszka ze mną, nie mogę sobie pozwolić na żadne luźne relacje. To od razu musiało być coś poważnego. Może dlatego tak ciężko było znaleźć kogoś, kto z miejsca zaangażowałby się w bycie ojczymem. W którymś momencie po prostu przestałam szukać, odpuściłam sobie.

Po wyprowadzce córki sytuacja się zmieniła. - Koleżanka namówiła mnie na Tindera. Na początku się trochę broniłam, bo wiedziałam, że córka i jej znajome korzystają z takich rzeczy. Bardziej mnie to bawiło, niż ciekawiło. Uważałam, że to dla dzieciaków, które chcą się bawić. Nie nastawiałam się, że znajdę tam kogokolwiek sensownego - wspomina. Po kilku nieudanych rozmowach umówiła się na kawę z mężczyzną, który też miał dorosłe dzieci.

- To była moja pierwsza randka od dziesięciu lat. Świetnie nam się rozmawiało, była między nami chemia. Przypomniałam sobie, że mogę się podobać. Zaczęliśmy ze sobą pisać, często się spotykaliśmy, ale tym razem nigdzie mi się w tej relacji nie spieszyło - ani do wspólnego zamieszkania, ani do żadnych deklaracji. Czułam się wtedy trochę, jakbym znowu miała dwadzieścia lat. Wolna. Nie musiałam się na nikogo oglądać, robiłam to, na co miałam ochotę - opowiada.

- Myślę, że to zupełnie zmieniło moje zachowanie. Zrobiłam się bardziej odważna, odzyskałam apetyt na życie. Córka też to zauważyła, bo, kiedy wracała do domu, mówiła: "Mamo, jaka z ciebie teraz gościówa" - śmieje się.

Kilka miesięcy później pojechała sama do Portugalii. - Ciężko w to uwierzyć, ale to był właściwie mój pierwszy samotny wyjazd w życiu, nie licząc jakichś służbowych. Poruszałam się w swoim tempie, wstawałam o której chciałam, zwiedzałam tylko te rzeczy, które mnie interesowały. Mogłam siedzieć z gazetą w kawiarni przez dwie godziny i nikt mi nie nadawał, że mu się nudzi - śmieje się. 

Zrobiło się miejsce na biznes i pasję

Agnieszka Adamek zaczęła rozwijać swoją pasję, kiedy zrozumiała, że dorastający syn coraz bardziej żyje własnym życiem. - Na początku trochę się obrażałam. Narzekałam: "dlaczego wolisz kolegów niż spędzić czas z nami?". Mąż się wtedy strasznie na mnie wkurzał, mówił, że powinnam dać synowi przestrzeń, że to przecież normalne, że chłopak w jego wieku nie chce siedzieć ciągle z rodzicami. Wiedziałam, że ma rację, ale na początku było mi po prostu przykro - wyznaje w rozmowie z Wirtualną Polską.

- Nie chciałam być taką jęczącą matką, więc postanowiłam, że muszę sobie znaleźć jakieś zajęcie. Padło na pieczenie ciast i tortów. Na początku tylko dla nas i dla znajomych, a później zaczęły się trafiać pierwsze drobne zlecenia z polecenia.

Nie chciała się tego podejmować w pełnym wymiarze. Dopóki syn mieszkał w domu, wiedziała, że musi mieć "zapas czasowy" na bycie mamą. - Mąż namawiał mnie, żebym od razu zaczęła rozkręcać jakiegoś Instagrama i się promowała. Nie chciałam, bo czułam, że dopóki Mateusz jeszcze mieszka z nami, powinnam w każdej chwili móc rzucić wszystko i być przede wszystkim mamą. Od lat nie pracowałam, zajmowałam się domem. Lubiłam być dostępna zawsze wtedy, kiedy syn mnie potrzebował. Nie słyszał ode mnie, że nie mogę, że jestem zajęta, żeby sobie poradził sam. Spełniało mnie to.

Sytuacja jednak szybko się zmieniła. Kiedy jej syn wynajął mieszkanie z dziewczyną na pierwszym roku studiów, Agnieszka przez kilka tygodni nie potrafiła ruszyć jego rzeczy. - Miałam wrażenie, że jeśli to posprzątam, to zamknę jakiś etap ostatecznie. A ja nie byłam gotowa - mówi. Oswojenie się zajęło jej miesiąc - a potem mąż nakłonił ją do tego, żeby w pokoju syna zrobiła pracownię cukierniczą. 

- W prezencie dostałam profesjonalny kurs dekorowania ciast. Bawiłam się tym w każdej wolnej chwili, a nadprogramowe wypieki ciągle rozwoziłam po koleżankach i krewnych. Rzuciłam się w to trochę, żeby nie czuć pustki, ale zauważyłam, że sprawia mi to coraz większą przyjemność. W końcu wydrukowałam sobie małe ulotki i zamówienia zaczęły się pojawiać. Tym razem nie miałam z tyłu głowy tego stresu, że biorę na siebie za dużo, że stawiam coś przed moim synem. Jestem tu wdzięczna mojemu mężowi, bo od początku mi kibicował.

Wynieśli biurko syna z jego dawnego pokoju. Pojawił się regał na formy i dodatkowa lodówka. Syn, gdy przyjechał pierwszy raz po zmianie, roześmiał się i powiedział: "Mamo, wreszcie".

- Chyba to mnie w pełni uwolniło. Zrozumiałam, że syn też chce, żebym miała w życiu coś poza nim. Był ze mnie dumny, polecał moje wypieki kolegom i koleżankom. Jedno z zamówień zrobiłam na urodziny dziekana na jego wydziale - śmieje się. 

Agnieszka podkreśla, że nigdy nie planowała zakładać wielkiego biznesu przynoszącego miliony. - Nie chcę z tego robić żadnej fabryki wypieków. W miesiącu biorę po maksymalnie kilka zamówień, bo nauczyłam się też cieszyć wolnym czasem, który mam. Nie mam gór prania, nie mam już dwóch facetów do wykarmienia, tylko jednego. Kiedyś byłam w stałym działaniu, wiedziałam, że ciągle jest coś do zrobienia. Teraz umiem posiedzieć nie robiąc niczego, albo pójść do kina w środku tygodnia - wyznaje.

Dziś pracuje na pół etatu na produkcji w lokalnej cukierni, a w wolnych chwilach robi własne wypieki na zamówienie. Nieśmiało wspomina, że odkłada też pieniądze na kurs cukierniczy za granicą. - Marzy mi się takie szkolenie we Francji. To na razie tylko myśl, nie przywiązuję się do niej bardzo, ale może kiedyś się jednak uda? Dotąd nawet bym nie pomyślała, żeby zażądać od męża takiego wydatku, ale skoro zarabiam już sama… Wszystko jest możliwe.

Podziel się:
Skopiuj link:
Podziel się:
Skopiuj link: