fot. Getty Images
Podziel się:
Skopiuj link:

Czy kobiety ocalą świat przed katastrofą?

Co wspólnego ze sobą mają ekologia, feminizm, patriarchat i… czarownice? Dlaczego potrzeba nam zmiany męskocentrycznego i kapitalistycznego porządku, aby powstrzymać kryzys klimatyczny?

W miejscu jesteśmy nieciekawym – jest za pięć dwunasta, aby działać, powstrzymać katastrofę klimatyczną. Do tego stanu doprowadziliśmy świat my, ludzie, ale dokładniej mówiąc – patriarchalne rządy mężczyzn. A kto cierpi najbardziej? Kobiety, dzieci, zwierzęta, natura. Te istoty, których głos nie jest brany pod uwagę, te, które głosu nie mają, stworzenia uznawane za gorsze w sztucznie wykreowanej hierarchii. Nic zatem dziwnego, że ci, których kryzys klimatyczny najmocniej dotyka, starają się mu przeciwdziałać, choć nie mają zwykle wystarczającej siły przebicia. Nic też dziwnego, że kwestia ekologii zajmuje feministki, ale i feministów. Bo walka o bardziej sprawiedliwy świat łączy się z troską o to, by ten świat istniał, byśmy mieli gdzie wprowadzać równe prawa.

Dmuchawce, latawce… z betonu świat

Biali, heteroseksualni mężczyźni zdominowali nasz świat, zgromadzili w swoich rękach pieniądze i władzę, uznając się za lepszych. Carolyn Merchant w pracy "The Death of Nature" (1980) pisała o tym, że Ziemia postrzegana jako żywy organizm, matka karmicielka była stopniowo przeobrażana przez pracę maszyn, betonowanie, rozbójnicze eksploatowanie jej naturalnych zasobów, przy czym często lała się strumieniami krew. Towarzyszyła temu nowa filozofia postrzegania świata jako czegoś martwego, chaosowi natury przeciwstawiano chłodny męskocentryczny model poznania, pewną dyscyplinę. Mona Chollet w eseju "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" pisze, że w męskich oczach "natura przestaje być postrzegana jako karmiące łono i staje się nieokiełzaną pierwotną siłą, którą należy poskromić". Podobnie jak kobiety – w tym miejscu Chollet podziela pogląd Merchant i pisze: "Kobiety bowiem uznaje się za stworzenia bliższe naturze niźli mężczyźni i bardziej seksualnie wyuzdane. (…) Spętawszy i udomowiwszy obie te siły, sprowadzono je następnie do funkcji ozdobnika, przemieniono w "zasoby psychiczne i rekreacyjne, czekające na przemęczonego męża przedsiębiorcę".

Z jednej strony więc postęp, racjonalizm, kult rozumu nad ciałem, a tu takie rzeczy – wiara w czary. Żeby tylko tyle. Ale ta wiara prowadziła do ludobójstwa na masową skalę. A ofiarami procesów o czary były kobiety, które kończyły na stosach – umierały w męczarniach palone żywcem. "Czarownica, symbol siły natury, rozpętywała burze, wywoływała choroby, niszczyła plony, szkodziła płodności i mordowała dzieci. Kobietę siejącą zamęt, podobnie jak szerzącą chaos naturę, należało trzymać pod kontrolą" – pisała Merchant. Według niej Francis Bacon, uznawany za ojca nowożytnej nauki, w swych pracach sugerował, by wobec natury stosować te same metody jak wobec osób oskarżanych o czary.

Kobiety uznawane za wiedźmy także eksploatowały naturę, ale w inny sposób niż mężczyźni, żyły z nią niejako w symbiozie. Chollet wskazuje, że kobiety znały właściwości roślin, leczyły nimi. Były więc przeszkodą w budowie kapitalistycznego świata – broniły przyrody, nie bały się jej dzikości i stanowiły konkurencję dla medyków. Z kolei przypisanie naturze kobiecych cech, postrzeganie Ziemi jako matki, mogło sprawiać, że traktowano ją jak kobiety – zasób, z którego mężczyźni mogą korzystać rozbójniczo według własnych potrzeb, czerpać zyski bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji.

Ekofeminizm i ekologiczny feminizm w duchu głębokiej ekologii

Podobieństwo męskiej opresji wobec kobiet i natury zaczęto dostrzegać w latach 70. i 80. XX wieku. Wtedy właśnie narodził się ekofeminizm. Za matkę tego terminu uznawana jest Françoise d’Eaubonne, a kluczowe dla tego feministycznego nurtu dzieło to jej książka z 1978 roku "Féminisme-Ecologie: révolution ou mutation". Françoise d’Eaubonne właśnie w patriarchacie dostrzegała przyczynę kryzysu ekologicznego i twierdziła, że obalenie tego systemu jest podstawą w walce o lepsze, bardziej sprawiedliwe jutro.

"Ekofeminizm można postrzegać jako system wartości, ruch społeczny lub określony zestaw praktyk" – pisze Monika Bokiniec w pracy "Pomiędzy "leczeniem ran" a "odzyskaniem ziemi"". Ekofeminizm jako filozofia przyrody i projekt etyczny”. Według niej analogie między sytuacją kobiet i przyrody są wielowymiarowe, począwszy od analogii pomiędzy dążeniem do kontrolowania funkcji reprodukcyjnych kobiet i przyrody w systemie patriarchalno-kapitalistycznym, po związki między deprecjacją w kulturze patriarchalnej tego, co kobiece, i tego, co przyrodnicze, co widać chociażby na przykładzie stosunku medycyny (jako wytworu technologii) do uzdrawiającej mocy przyrody, którą historycznie wykorzystywały przecież głównie kobiety (np. zielarki, znachorki).

Ekofeminizm spotkał się jednak z krytyką, gdyż pojawiły się w nim dualistyczne podziały na cechy typowo kobiece i męskie. Męskie miałoby być to, co wiąże się z kulturą, a kobiece z naturą. Kobiety miałyby być predysponowane, o ile nie wręcz obarczone misją "zbawienia" świata z racji cech przypisanych swojej biologicznej płci, kiedy dziś wiemy, że to bardzo stereotypowe postrzeganie a cechy "typowo kobiece" czy "typowo męskie" nie są czymś naturalnym, lecz wytworem kulturowych schematów. To raz. A dwa: "rozwiązaniem palących problemów związanych z kulturą patriarchalną i technokracją ma być powrót do społeczności pierwotnych. Ekofeminizm popularnego nurtu postuluje ustanowienie w takich społecznościach matriarchatu. W żaden sposób nie usuwa to binarnej opozycji mężczyzna/kobieta, lecz sankcjonuje ją i odwraca o 180 stopni" – czytamy w tekście "Naprawiając błędy ekofeminizmu".

Tymczasem punktem wyjścia do naprawy świata powinna być krytyka naszej zachodniej dualistycznej myśli, bo ten binarny podział mocno zakorzeniony jest w patriarchacie. W dodatku podział ten zakłada nierówność dwóch części, rodzi demonizację i dyskryminację. Choć oczywiście nie zawrócimy kijem Wisły, nie ma mowy o powrocie do pierwotnej dzikości, to warto mieć na uwadze, że "w dzikiej przyrodzie żaden gatunek nie występuje przeciwko własnemu środowisku naturalnemu, żadna roślina ani żadne zwierzę poza człowiekiem nie gromadzi niczego ponad swoje konieczności życiowe. Jeśli mówimy o bestiach, które walczą ze sobą o władzę nad stadem, to w istocie przypisujemy tym zwierzętom swoje, jakże ludzkie, cechy" – czytamy w "Zadrze".

Generalnie jednak istotą ruchów feministyczno-ekologicznych nie tyle powinny być rozważania filozoficzne, spory o esencjonalistyczne podejście do sprawy, co konkretne wymierne działanie, zwłaszcza że czasu pozostało niewiele. Przykładem mogą być ekofeministki z Afryki, które zajęły się budowaniem strategicznych i politycznych sojuszy między kobietami, przyrodą i ochroną środowiska – o czym więcej na stronie Krytyki Politycznej.

Greta, ta histeryczka

Kobiety stanowią ponad 70% całkowitej liczby osób żyjących poniżej linii ubóstwa. Zatem niedostatek wody, jedzenia i katastrofy spowodowane zmianami klimatu najbardziej uderzają właśnie w nie. W dodatku zwykle to one muszą troszczyć się w obliczu klęski nie tylko o siebie, lecz także o potomstwo. Dlatego tak potrzebne jest równouprawnienie i sprawiedliwość. Niestety mężczyźni nie zrezygnują tak łatwo ze swojej zasiedzianej pozycji, nie chcą zrobić nam miejsca, wysłuchać nas. A przecież właśnie kobiety doskonale widzą na co dzień, co się dzieje i jeszcze w dodatku, będąc blisko problemu, wpadają na jego rozwiązania – "jako osoby pracujące na co dzień wśród natury, kobiety posiadają niezbędną wiedzę i umiejętności, aby skutecznie przeciwdziałać zmianom środowiskowym". Nic zatem dziwnego, że kiedy Greta Thunberg mówi o tym, w jakim stanie jest Ziemia i co trzeba zrobić, by ją ratować, okazuje się być po prostu histeryczką. To dla nas kobiet nic nowego – zazwyczaj byłyśmy uznawane za wariatki, kiedy godziłyśmy w kapitalistyczne interesy, próbowałyśmy walczyć z patriarchatem, punktowałyśmy niesprawiedliwość. Jak widać nawet w obliczu katastrofy wciąż bardziej liczy się bronienie starego ładu niż dopuszczenie kobiet do głosu.

Dzieci? Nie w tych czasach

Mimo wszystko staramy się zabrać głos, jak i działamy oddolnie, nie tylko walcząc o wolność w obrębie decydowania o swojej dzietności, nawet w sytuacji, kiedy jak w Polsce, jest to ograniczone prawnie. Widząc, w jakim stanie jest świat, nie chcemy na niego sprowadzać dzieci, skazywać ich na niepewne jutro. Myślimy przy tym o planecie, nie chcemy jej bardziej szkodzić, więc i z tego powodu rezygnujemy z macierzyństwa. To, że ludzi jest za dużo wiemy od jakiegoś już czasu. Warto zwrócić uwagę, że już d’Eaubonne uważała, że w idee ekofeminizmu wpisuje się ograniczenie dzietności, więc postulowała, aby antykoncepcja była ogólnie dostępna. Zresztą wolność i wyzwolenie kobiet bardzo mocno wiążą się z posiadaniem prawa do zarządzania swoją płodnością.

Kobiety i życie

Okazuje się, że kobiety częściej postępują ekologicznie niż mężczyźni – takie wyniki badań opublikował jakiś czas temu "Journal of Consumer Research". Segregacja odpadów, współdzielenie usług, wprowadzanie praktyk zero czy less waste to coś, do czego nam kobietom bliżej. Jak widać nie tyle chcemy przejąć władzę i zaprowadzić matriarchat, co domagamy się sprawiedliwości i dbamy o naszą planetę, która jest przecież dobrem wspólnym. Jako te osoby, które doświadczyły i doświadczają opresji, dyskryminacji, lepiej rozumiemy krzywdę innych, także tę, którą wyrządzamy naturze. Nie chcemy przejąć panowania nad nią i mężczyznami. W idee feministyczne wpisana jest szeroko pojęta równość, nie tylko pod względem płci, lecz także rasy, religii, ale i uznanie, że prawa należą się także szeroko pojętej przyrodzie. Dlatego też feminizm i ekologia idą jak najbardziej w parze a na drodze stoi im patriarchat, który dłużej nie ma racji bytu. Szczęśliwie mamy wpływ na system, nie tylko przez nasze wybory konsumenckie, lecz także poprzez czynny i bierny udział w wyborach. Bez wątpienia kapitał tkwi w naszym siostrzeństwie – walce o planetę ponad podziałami, bo z nich nie wynika jak już wiemy nic dobrego. Cytowana już przeze mnie Bokiniec twierdzi, że płeć to w zasadzie tylko punkt wyjścia, z którego kobiety podejmują zadanie wychowawcze polegające na przekształcaniu ekologicznie nieprzyjaznych praktyk. "Teoria i praktyka ekofeministyczna zdaje się więc wypełniać luki w głównonurtowych orientacjach ekologicznych, wspomagając zabliźnianie rany, jaka powstała w momencie, gdy człowiek zdominował kobiety i przyrodę".

Paulina Klepacz – po pierwsze feministka i wyznawczyni siostrzeństwa. Po drugie absolwentka filologii polskiej i dziennikarka, która uwielbia pisać o seksie – nie ma dla niej tematów tabu. Jest redaktorką naczelną feministyczno-erotycznego magazynu G'rls ROOM oraz współautorką książek: "#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie" oraz "CIPKOnotesu".

Podziel się:
Skopiuj link:
uwaga

Niektóre elementy serwisu mogą niepoprawnie wyświetlać się w Twojej wersji przeglądarki. Aby w pełni cieszyć się z użytkowania serwisu zaktualizuj przeglądarkę lub zmień ją na jedną z następujących: Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Edge, Safari

zamknij