Rzuciły wielkie miasta i przeniosły się na wieś. "Kraków wpędził mnie w depresję"
"Życie na wsi uczy cierpliwości"
Jeden z pierwszych sklepów kosmetycznych online, jedno z pierwszych forów internetowych dla kobiet, a następnie kultowy już Wizaż.pl i ranking Kosmetyk Wszech Czasów - to wszystko projekty Agnieszki Zembrzyckiej. Była też jedną z współtwórczyń aplikacji Booksy i właścicielką marki odzieżowej. A potem nadeszła pandemia, która wymusiła zmianę kierunku - zarówno w biznesie, jak i w życiu.
- Myśl o wyprowadzce z miasta kiełkowała w nas przez kilka lat. Dzieci dorastały, budowały swoje życie, a my zrozumieliśmy, że to czas, żeby wymyślić sobie nasze trochę na nowo. W okolicach 50-tki człowiek też zaczyna rozumieć, że nie tylko on się starzeje, ale i jego rodzice mogą coraz częściej wymagać pomocy. Poczuliśmy potrzebę, żeby po latach wrócić na Lubelszczyznę, z której pochodzimy, być bliżej rodziny. Zbiegło się to w czasie z pandemią, która sprawiła, że praca zdalna stała się powszechna. I tak stopniowo zaczęliśmy "odcinać korzonki", które zapuściliśmy w Warszawie - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.
- Najpierw mieliśmy tu przyjechać tylko na miesiąc w sezonie. Z miesiąca zrobiły się dwa, potem trzy i cztery, aż zrozumieliśmy, że w sumie to wcale nie chcemy wyjeżdżać, a życie na dwa domy jest bez sensu. Poza tym miasto coraz bardziej nas męczyło, przesycało bodźcami. Dopiero w otoczeniu natury zaczęliśmy naprawdę wypoczywać. Można by rzec kolokwialnie - czuliśmy, że formuła miejska się dla nas wyczerpała. Nasze hobby, nowa pasja stolarska potrzebowała więcej przestrzeni, gdzie faktycznie moglibyśmy rozwinąć skrzydła. W mieście brakowało nam miejsca. Tutaj, na wsi mamy przestrzeń, spokój i kontakt z naturą 24 godziny na dobę.
Jak mówi, za metropolią nie tęskni. Najbliższe większe miasto, Chełm, oddalone jest zaledwie o 20 km i spełnia większość potrzeb.
- Kiedy teraz przyjeżdżamy do Warszawy na dwa czy trzy dni, przeżywamy mały szok bodźcowy. Przyzwyczajenie do życia na wsi, spokojniejszego, bardziej dopasowanego do naturalnego rytmu dnia, sprawia, że jeszcze bardziej agresywnie odbiera się ten świat wielkomiejski. Hałas, samochody, korki... Przez wiele lat tak żyliśmy, ale dziś już bym nie mogła - podkreśla.
Agnieszka Zembrzycka Źródło: Agnieszka Zembrzycka
Choć zmiana środowiska była upragniona i zaplanowana, nie obyło się bez wyzwań. - Życie na wsi na pewno uczy cierpliwości. W mieście oczekuje się, że wszystko zadzieje się "na wczoraj", wszystkim się spieszy. Tutaj trzeba zaczekać. Poza tym, wcale nie jest łatwo wejść w lokalną społeczność i znaleźć przyjaciół. Wielu ludzi mieszka tu od pokoleń, tworzą dość hermetyczne grono i coraz częściej widzę gdzieś w sieci, że przyjezdni, którzy zaczynają od nowa na wsi, mogą czuć się samotni. Ale to jest proces i trzeba być otwartym.
"Miasto wpędziło mnie w depresję"
Historia Weroniki (imię zmienione na prośbę autorki) jest zupełnie inna, bo, jak sama mówi, "niczego nie planowała, to był impuls". Do Krakowa przyjechała na studia i już w ich trakcie zaczęła pracę w agencji reklamowej.
- Przyjechałam do wielkiego miasta z małej miejscowości i miałam głowę wypchaną wizjami, jak będzie wyglądało moje życie za kilka lat. Gorzko się rozczarowałam, bo nie udało mi się osiągnąć takiego sukcesu, jaki sobie wyobrażałam. Miałam pracę, utrzymywałam się, ale stale porównywałam się do innych ludzi w moim wieku, którzy osiągnęli znacznie więcej - a takich w mieście widzi się na każdym kroku. Dobijało mnie, że zajmuję średnie stanowisko w korporacji, mimo że się staram, że zarabiam średnie pieniądze. Chciałam być "girlboss", a zostałam jednym z tysięcy "korposzczurów". Miasto miało być dla mnie wielką szansą, a coraz częściej widziałam w nim smutne więzienie- opowiada.
Przez parę lat była stale przemęczona. Wpadła w błędne koło: pracowała ponad siły, żeby więcej zarabiać i maskować wewnętrzne poczucie porażki. "A to droga torebka na raty, a to zabieg w spa, bo przecież tak ciężko haruję, to zasługuję".
- W weekendy coraz częściej zaszywałam się w domu w słuchawkach. Każdy dźwięk i widok tego miasta przypominał mi o tym, że nie żyję pełnią życia, że dookoła mnie są tysiące osób, którym jakoś się udaje, a ja ciągle czuję się niewystarczająca, bo tu zawsze będzie ktoś bogatszy, bardziej utalentowany, z większym szczęściem. Nie byłam w stanie odpoczywać w mieście, dlatego któregoś dnia, chyba po prostu z desperacji i zmęczenia, zarezerwowałam sobie kilka dni w agroturystyce na wsi - przywołuje.
Jak zaznacza, wcześniej nawet urlopy spędzała w dużych miastach, bo oferowały więcej atrakcji.
- Nie miałam nigdy dziadków na wsi, a i z rodzicami jeździliśmy latem tylko do miast albo zatłoczonych nadmorskich kurortów. Tak naprawdę dopiero przed 30-stką odkryłam wieś i natychmiast się zakochałam. Znowu zachciało mi się żyć. Po raz pierwszy od lat nie budziłam się przybita myślą, że nadchodzi kolejny dzień i byle tylko jakoś przez niego przebrnąć. Gdy musiałam wrócić do miasta, rozpłakałam się. Zrozumiałam, że Kraków wpędził mnie w depresję - opisuje.
Gdy wróciła, przeliczyła oszczędności, sprawdziła zdolność kredytową i natychmiast zaczęła poszukiwania małej działki, gdzie zamarzyła sobie postawić domek modułowy.
- Okazało się, że mogę płacić ratę kredytu za własny kawałek ziemi w takiej samej kwocie, co za moje znienawidzone wynajmowane mieszkanie w centrum. W pracy postawiłam sprawę jasno: wyprowadzam się i mogę albo odejść, albo przejść w pełni na pracę zdalną. Zgodzili się.
Jak opowiada Weronika, gdy tylko przeniosła się na małopolską wieś, poczucie presji związane z karierą i pieniędzmi natychmiast się ulotniło.
- Obserwuję codzienność tutaj i zaczynam rozumieć, w jakiej bańce żyłam. Tutaj ludzie cieszą się, że w ogóle mają pracę, że wystarcza im na jedzenie i rachunki, a jak jeszcze coś zostanie na przyjemności to w ogóle nie ma na co narzekać. Przestałam próbować udowadniać światu, że osiągnęłam sukces, bo tutaj markowy ciuch na nikim nie robi wrażenia. Nie chodzę do modnych knajp i nawet nie czuję na razie potrzeby wyjeżdżać na wakacje. Tu mam ciszę, śpiew ptaków, święty spokój. To jest prawdziwy luksus.
Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl